| » Strona główna » Napisali o nas | ||||||||
|
Napisali o nas
|
||||||||
|
||||||||
Historyczny unikat zamknięty w pudle |
||||||||
|
||||||||
O mapie Andreasa Hindenberga zrobiło się głośno przed siedmiu laty, gdy Andrzej Złoty - obecny prezes Związku Górnośląskiego - wespół z Bractwem Gospodarczym Ziemi Pszczyńskiej podjął kampanię na rzecz ratowania zabytku. Całość tych działań, opis i stan badań nad mapą oraz opinie konserwatorskie zawarto w książce "Bractwo dla mapy". Miała ona pomóc w zdobyciu pieniędzy od samorządów. - Idea była taka, żeby gminy, których historyczny obraz przedstawia mapa, pomogły w jej odrestaurowaniu - mówi Złoty. Pszczyna miała odegrać w tym rolę wiodącą. Planowano stworzenie fundacji dla ratowania mapy. Niestety, nie powiodło się. Może nie do końca, ponieważ coś się jednak wokół mapy zaczęło dziać. Przede wszystkim wykonano jej kolorowy skan, poddano ją badaniom i wstępnie - jak twierdzi Greiner - zabezpieczono w Centralnym Laboratorium Państwowej Służby Archiwalnej w Warszawie. - Po dwóch czy trzech latach wróciła stamtąd, ale już nie do nas, a do Katowic - mówi Joanna Szczepańczyk, kierownik pszczyńskiego oddziału AP, w zasobie którego mapa zawsze była i figuruje nadal. Zdaniem jej szefa, w centrali ma lepsze warunki, bo jest przechowywana w hermetycznej skrzyni. Otwiera się ją dwa razy w roku, dla sprawdzenia stanu. Za sprawą PDZ, który zainteresował się losami zabytku, zrobiono to niedawno. - Każdy bryt (fragment mapy) zabezpieczony jest specjalną folią, żeby nie niszczyła się bardzo już słaba na niektórych fragmentach struktura papieru - objaśniał przy tej okazji Piotr Greiner. Hindenberg stworzył mapę w 1636 roku na jednej płachcie o wymiarach 270x300 cm. Pocięta na 12 kwadratów została później. Dla jej sporządzenia nie tylko przemierzył całe państwo pszczyńskie, ale dokonał pomiarów trygonometrycznych. Zatytułował ją "Ichnoorthographia Plesniaca" (co znaczy ten tytuł nikt nie wie do dziś), na otoku umieścił drzewo genealogiczne i herb właścicieli Pszczyny - Promniców oraz herby ziemiaństwa. Oryginalność tej mapy polega także na ilustracjach. Miasta, wsie, majątki, rzeki, lasy przedstawione są tu w formie obrazkowej. Jedne narysowane odręcznie, inne odbite z drewnianych stempli. Na niej znajdujemy najstarszy znany wizerunek zamku pszczyńskiego. Historycy kartografii twierdzą, że jest ona pierwszą tak dokładną mapą Śląska (prof. Józef Szaflarski mówi nawet, że na obszarze Polski), oddającą także pełnię stosunków gospodarczych. Ukazuje 95 miejscowości, w tym 77 wsi i cztery miasta: Pszczynę, Bieruń, Mikołów, Mysłowice. Mapa Hindenberga była kopiowana dwukrotnie: w 1721 roku i w 1900 - w dwóch egzemplarzach. Zachowała się tylko jedna kopia z tych późniejszych. Kiedy w połowie zeszłego wieku śląski historyk Ludwik Musioł oglądał mapę, jej stan określił jako zły. Stwierdził m. in., że "5 proc. rysunku jest zupełnie zniszczone". W roku 2000 prof. Leonard Ogierman z Biblioteki Śląskiej napisał w opinii konserwatorskiej, że zachowała się już tylko połowa rysunków. Jeśli nie podejmie się więc skutecznej próby ratunku, dzieło Hindenberga po prostu zniknie. Żmudna praca Katarzyna Kwaśniewicz, konserwator z Archiwum Państwowego w Katowicach: - Konserwacja starych cennych papierów jest droga, ponieważ wymaga bardzo wielu szczegółowych badań, żmudnych prac i drogich preparatów. Prace Konserwatorskie nad jedną średnio zniszczoną księgą trwają około roku. W przypadku mapy Hindenberga na pewno kilku konserwatorów będzie miało co robić przez kilka lat. (PLUS) Sylwia Plucińska (źródło: Polska Dziennik Zachodni z dnia 9 maja 2008 r.) |
||||||||
Bezpieczna pamięć |
||||||||
|
||||||||
Chociaż Archiwum Państwowe w Katowicach istnieje od 1932 roku, własnej siedziby doczekało się dopiero przed szesnastu laty. Wcześniej zajmowało skromne pomieszczenia w Urzędzie Wojewódzkim. 8 budynków na ponadsześciohektarowej powierzchni, jaką archiwum zajęło po zlikwidowanej jednostce wojskowej, wystarcza dziś, by pomieścić aktualne zbiory. Jednak z każdym kolejnym rokiem przybywa tu średnio pół kilometra nowych dokumentów. Kilka tygodni temu, podczas remontu Sądu Rejonowego w Gliwicach, odkryto akta gruntowe dotyczące miasta i dawnego powiatu gliwicko-toszeckiego, które prawdopodobnie Niemcy zamurowali w 1945 r. Ten niezwykle wartościowy materiał ma trafić do głównej siedziby archiwum. Problem w tym, że brakuje tu już na półkach wolnego miejsca. - Mamy co prawda swój oddział w Gliwicach, ale tam z kolei już szpilki nie można włożyć - mówi Piotr Greiner, dyrektor archiwum. Zamęt Zanim w 1932 r. wojewoda śląski Michał Grażyński podpisał statut Archiwum Akt Dawnych Województwa Śląskiego, bo tak brzmiała pierwotna nazwa placówki, w regionie nie było państwowego archiwum historycznego. Zamęt w organizacji zbiorów wprowadziła wojna. Tuż przed jej wybuchem część akt ewakuowano na wschód, zaś w 1943 r. okupacyjne władze archiwum rozlokowały dokumenty głównie w zamkach, pałacach czy klasztorach na terenach, gdzie nie było zagrożenia bombardowaniami. - To rozproszenie spowodowało, ze archiwalia zetknęły się z Armią Czerwoną, wiele z tych materiałów zginęło, choć nie aż tak wiele, jak się sądzi - uważa dyrektor Greiner. Zaraz po wojnie rozpoczęto poszukiwania. Niektóre dokumenty Polska odzyskała w wyniku rewindykacji dóbr kultury. Dziś trudno ustalić dokładną liczbę strat. W trzecim pod względem wielkości zasobów archiwum w kraju najstarszy zapis pochodzi z 1287 r. Dotyczy on kościoła św. Wojciecha w Mikołowie. Placówka posiada też imponujący zbiór 50 tys. dokumentów kartograficznych, a wśród nich gospodarczą mapę Ziemi Pszczyńskiej Andreasa Hindenberga z 1636 roku. Trzon katowickich zasobów tworzy zaś wyjątkowy zespół akt związanych z industrializacją regionu. Straż - Misja archiwum wciąż jest ta sama, tylko środki techniczne się zmieniły. Jesteśmy strażnikami pamięci - mówi Piotr Greiner. Nowe możliwości techniczne stworzyły przede wszystkim szansę skuteczniejszego zabezpieczenia zasobów. Chodzi tu zarówno o konserwację dokumentów, jak i ich digitalizację. Wykonywanie kopii w wersji mikrofilmów czy w postaci cyfrowej pozwala archiwistom spać spokojniej, a badaczom ułatwia pracę . Kto może skorzystać z zasobów zgromadzonych w byłej jednostce wojskowej? Każdy, o ile to nie na rusza przepisów prawa. Bez odpowiedniego historycznego przygotowania może być jednak trudno znaleźć to, co stanowi cel poszukiwań. Zwłaszcza w przypadku starszych akt. Często bariera pojawia się, gdy na kartach widnieje tekst po łacinie, po rosyjsku, czesku czy niemiecku. Istnieje tu możliwość zamówienia odpłatnych kwerend. - Gdy wejdziemy do naszej pracowni, to tam się drzwi nie zamykają. Mamy rocznie ponad 1000 użytkowników, a kolejne sześć tysięcy osób zamawia badania - podsumowuje dyrektor archiwum. Oprócz przechowywania akt, placówka prowadzi działalność edukacyjną i naukową. W tym roku archiwiści planują pokazać w budynku na Józefowskiej wystawę przedstawiającą dzieje wymiaru sprawiedliwości na Górnym Śląsku, w Sosnowcu z kolei - przygotować wystawę o trójkącie trzech cesarzy. Archiwum to urząd państwowy, który kontroluje archiwa zakładowe. Prowadzi też własne badania, wydaje czasopismo. Skąd czerpie środki? Zgodnie z obowiązującym prawem archiwum państwowe nie ma możliwości pozyskiwania pieniędzy samorządowych, ani dotacji z Unii Europejskiej. Może liczyć wyłącznie na budżet państwa. Drzewo Archiwum przejęło w ostatnich latach sporo dokumentów z urzędów stanu cywilnego. Ten fakt, jak również moda na tworzenie drzew genealogicznych sprawiły, że coraz więcej osób trafia tu z prośbą o pomoc w odszukaniu przodków. W 2007 r. tego rodzaju zleceń było tu dwukrotnie więcej niż w roku wcześniejszym. - To bardzo czasochłonne zajęcie. Dużo zależy tu od wiedzy, jaką posiadają nasi zleceniodawcy. Wiele też zależy od szczęścia. Na terenie obecnych Katowic mamy 14 urzędów stanu cywilnego, które wchłaniały poszczególne dzielnice. Jeżeli sprawdzamy je po kolei, na ten właściwy możemy trafić na początku, ale równie dobrze na końcu - opowiada Elżbieta Matuszek, kierowniczka oddziału udostępniania materiałów archiwalnych. Godzina poszukiwań archiwisty kosztuje 60 zł. Można też samemu skorzystać z materiałów, choć brak umiejętności czytania rękopisów, zwłaszcza po rosyjsku, może okazać się przeszkodą nie do pokonania. - Dla archiwisty to fascynujące zajęcie. Trudno czasem pogodzić rolę historyka i urzędnika, zwłaszcza gdy jest ten bezpośredni kontakt z osobą poszukującą. Wchodząc w niuanse określonej sprawy, nietrudno się zapalić, zatracić odpowiedni dystans - przekonuje Elżbieta Matuszek. - Pojawia się też ciekawość, jak wygląda drzewo własnej rodziny. Brakuje jednak czasu, by dokopać się swoich korzeni - dodaje archiwistka. Kąpiel Budynek nr 8. W pracowni konserwatorskiej na stole leży pergamin z 1417 r. Ma zagięcia, a znajdujący się na nim atrament powoli znika. Dokument, który za moment będzie prostowany i oczyszczany, dzięki użyciu odpowiednich odczynników stanie się również czytelny. Sen z powiek archiwistom spędza nowsza dokumentacja. Problem dotyczy papieru drzewnego, który pojawił się w XIX wieku. Dziewiętnasto- i dwudziestowieczne dokumenty, które uległy zakwaszeniu, niejednokrotnie rozsypują się na kawałki. Aby ratować zagrożone materiały, we wrześniu ubiegłego roku w archiwum otwarto sekcję masowego odkwaszania papieru. Jej chlubą jest maszyna, która potrafi w jednym dniu ocalić ponad 1000 arkuszy. Znajduje się w niej zbiornik ze specjalnym płynem. Po kilkuminutowej kąpieli kartki są osuszane i prasowane pod obciążeniem. Do chwili obecnej katowickie archiwum zabezpieczyło w ten sposób ok. 80 tys. kart. - Płyn zawiera substancje nie tylko odkwaszające, ale również wzmacniające papier. Co ważne, to technologia całkowicie bezpieczna dla środowiska i człowieka - zapewnia Katarzyna Kwaśniewicz, kierowniczka oddziału konserwacji i zabezpieczenia zasobu archiwum. - Nie wszystkie jednak akta mogą przejść przez maszynę. Jeżeli nie zdadzą próby na odporność atramentu, są odkwaszane ręcznie - dodaje. To jedno z czterech tego rodzaju urządzeń w Polsce, a jedyne na południu kraju. Ma tylko jedną wadę - pochłania duże środki finansowe. Wieloletni Program Rządowy "Kwaśny Papier" co roku przeznacza na funkcjonowanie instalacji kilkadziesiąt tys. zł. Piotr Sacha (źródło: Gość Niedzielny z dnia 16 marca 2008 r.) |
||||||||
Bielski ratusz: synagogi tu nie było |
||||||||
|
||||||||
Przed wybuchem II wojny światowej w dzisiejszym Bielsku-Białej (wtedy były to dwa miasta) mieszkało prawie 5 tyś. Żydów. Na terenie obu miast było kilka synagog. W 1912 r. w Białej wzniesiono synagogę Ahawas Thora (Miłość do Tory). Była utrzymywana i finansowana przez religijny Związek Dobroczynny "Ahawas Thora". Odpowiedzialnym za nią rabinem był Aron Halberstamm ze stawnej linii ortodoksyjnych cadyków nowosądeckich. W 1940 r. bielskich i bialskich Żydów naziści wysiedlili do getta na terenie pomiędzy synagogą a cmentarzem w Białej. Stamtąd wywieziono ich do Auschwitz, a Niemcy wysadzili obiekty kultu. Działka po synagodze położona jest w centrum miasta, biegnie przez nią ulica. Ponieważ nie można jej zwrócić, Gmina Wyznaniowa Żydowska wystąpiła do magistratu o przyznanie innej nieruchomości. Urzędnicy odmówili, sprawa trafiła do Komisji Regulacyjnej ds. Gmin Żydowskich, która rozwiązuje kwestie sporne. Komisja uznała, że rację ma Gmina Wyznaniowa Żydowska. Jednak miasto odwołało się od tej decyzji. - Nie zgadzamy się z interpretacją, że w tym miejscu stała synagoga. Z dokumentów, jakie przedstawiła nam Gmina Wyznaniowa Żydowska, wynika, że był to prywatny dom z salą do modlitwy - mówi Barbara Granuszewska-Wyrobek z bielskiego magistratu. Swoje wątpliwości urzędnicy opierają m.in. na zapisie w dokumentach, który mówi o tym, że synagogę prowadził ortodoksyjny religijny Związek Dobroczynny, a więc prywatne stowarzyszenie. - To tak, jakby ktoś odmówił zwrotu Kościołowi katolickiemu świątyni, tłumacząc, że prowadzili ją franciszkanie czy jezuici, a nie był to typowy kościół parafialny - irytuje się jeden z bielskich historyków. Miasto nie ma jednak nic przeciwko temu, by w przygotowywanej pierwszej monografii Bielska-Białej znalazły się obszerne informacje o Ahawas Thora, nazywanej w tej publikacji synagogą. - To najlepiej udokumentowana synagoga w mieście. Zachowały się jej plany, wiadomo, jak wyglądała w środku, przetrwały nawet wycinki prasowe opisujące jej działalność, zachowały się opisy nabożeństw - opowiada Jacek Proszyk, historyk badający losy Żydów w mieście i okolicach, który zajmuje się tą tematyką na potrzeby monografii. Pełna dokumentacja synagogi znajduje się w Archiwum Państwowym w Bielsku-Białej. Wynika z niej, że wszystkie pomieszczenia w tym budynku pełniły funkcję sakralną. - Zachowały się też relacje osób, które uczęszczały do Ahawas Thora - mówi Dorota Wiewióra, szefowa bielskiej Gminy Wyznaniowej Żydowskiej. Dr Jerzy Polak, historyk i były dyrektor miejskiego muzeum, też nie ma wątpliwości, że w spornym miejscu stała synagoga. - Widziałem wiele dokumentów na jej temat. Urzędnicy nie mają racji - mówi dr Polak. Tomasz Ficoń, rzecznik prasowy bielskiego magistratu, mówi, że kształt przygotowanej monografii nie jest jeszcze przesądzony. - Jednak co do sporu, czy w Białej była synagoga, chętnie skonfrontujemy nasze informacje z wiedzą historyków - zapewnia. Ewa Furtak (źródło: Gazeta Wyborcza z dnia 5 marca 2008 r.) |
||||||||
W cieszynie zadbali o białe kruki |
||||||||
|
||||||||
Biblioteka Tschammera to najcenniejszy i największy zbiór ewangelicki w Polsce. Należy do cieszyńskiej parafii ewangelickiej i mieści się w tutejszym kościele Jezusowym. Powstała około 1750 r., gdy parafii ofiarowano księgozbiór szlacheckiej rodziny Bludowskich. Znacznie się rozrosła, gdy trafiły do niej księgi przekazane testamentem przez cieszyńskiego adwokata Bogumiła Rudolfa Tschammera, który zapewnił też pieniądze na utrzymanie zbioru. Biblioteka została nazwana jego imieniem i powiększała się dzięki kolejnym darczyńcom. Dzisiaj liczy ponad 20 tys. woluminów, w tym około 5 tys. starodruków (powstałych przez 1800 r.) i kilka inkunabułów (dzieł sprzed 1500 r.). Zawiera Biblię, księgi teologiczne, filozoficzne, historyczne, prawnicze, słowniki. Są tu takie perełki, jak: wspaniale zdobiona Biblia Norymberska z 1483 r., dekrety Grzegorza IX z 1489 r., druk Marcina Lutra z 1523 r. czy pierwsza mapa Śląska z 1561 r. Przez długie lata cenne księgi znajdowały się w fatalnych warunkach. Balkony cieszyńskiej świątyni, gdzie przechowywano zbiór, kompletnie nie były do tego przystosowane. Nieszczelne okna były przyczyną wilgoci, a temperatura spadała nawet do zera. Brakowało też pieniędzy na zabezpieczenie zbiorów przed bakteriami i grzybem. Wszystko zmieniło się, gdy parafia otrzymała 1,6 mln zł dotacji w ramach projektu "Ochrona i konserwacja cieszyńskiego dziedzictwa piśmienniczego". Opracowały go wszystkie cieszyńskie instytucje, które posiadają stare księgi: Książnica Cieszyńska, Archiwum Państwowe, parafia ewangelicka, parafia św. Marii Magdaleny, Zgromadzenie Braci Miłosiernych (posiadające bibliotekę ojców bonifratrów) oraz Muzeum Śląska Cieszyńskiego. Europejskie Stowarzyszenie Wolnego Handlu (skupiające Norwegię, Islandię i Liechtenstein) przyznało im w sumie 8 mln zł. Dzięki temu balkony kościoła Jezusowego zostały przystosowane do przechowywania zbiorów. Pomieszczenia wyremontowano, oddzielono nowymi oknami od głównej nawy kościoła, wyposażono w system przeciwpożarowy i alarmowy. Obok regałów, na których ustawiane są właśnie księgi, pojawiły się urządzenia do utrzymywania odpowiedniej wilgotności i temperatury powietrza. Teraz panują tu idealne warunki do przechowywania cennych dzieł. - Cały zbiór został poddany dezynfekcji w specjalistycznej komorze. Pozwoliło to na usunięcie grzybów i drobnoustrojów. Teraz najcenniejsze dzieła przejdą jeszcze konserwację techniczną i zostaną utrwalone na płytach - tłumaczy historyk Marcin Gabryś, zajmujący się księgozbiorem. W innej części wyremontowanych balkonów kościoła Jezusowego będzie się także mieścić Muzeum Protestantyzmu i kilkuwiekowe archiwum parafialne. Marcin Czyżewski (źródło: Gazeta Wyborcza z dnia 21 lutego 2008 r.) |
||||||||
Odnalezione Archiwum niepokoi gliwiczan |
||||||||
|
||||||||
Jak już informowaliśmy, w czasie remontu sędziwego gmachu Sądu Rejonowego w Gliwicach odkryto schowek, w którym Niemcy zamurowali teczki o nazwie Grunblatten, czyli dawne akta gruntowe, na które składały się akty notarialne kupna-sprzedaży nieruchomości, mapy geodezyjne, orzeczenia sądowe dotyczące tych majątków. Z dawnymi Grundbuche, czyli księgami wieczystymi stanowiły całość dokumentacji o nieruchomościach w Gliwicach oraz dawnym powiecie gliwicko-toszeckim. Księgi wieczyste dotyczące tego terenu zaginęły w działaniach wojennych. Przypuszcza się, że Armia Czerwona wywiozła je do Pyskowic, gdzie przed wojną był także sąd, ale stamtąd już nigdy nie wróciły. - W gliwickim Sądzie Rejonowym jest obecnie ponad 100 tys. ksiąg wieczystych. Przez 60 lat sukcesywnie zakładano nowe odtwarzając wiedzę na temat nieruchomości na podstawie dokumentów przedstawianych przez właścicieli czy nabywców - dodaje sędzia Pawlik. - Jest mało prawdopodobne, by zawierały informacje nieprawdziwe. Nie można jednak kategorycznie wykluczyć, że w odnalezionych po 63 latach aktach gruntowych są inne dane. Co więcej, w samych Gliwicach bez księgi wieczystej i zbioru dokumentów na swój temat są dotąd 1864 nieruchomości. Kto wie, czy właśnie w poniemieckim archiwum, odnalezionym pod koniec stycznia br., nie zachowały się dane rozstrzygające o ich losie. Po obu stronach paradnego wejścia budynku sądu są niemal lustrzane pomieszczenia. Aż dziw bierze, że przez tyle lat nikt nie zauważył, że jedno z nich jest wyraźne mniejsze. Poza tym z planów zabudowy wynikało, że tu jakieś zaszły zmiany. Robotnicy postanowili przebić ścianę, bo planowano w tym miejscu montować rozdzielnię prądu. Ich oczom ukazały się równe stosy teczek z napisem: Grunblatten. Po pierwszych oględzinach prezes sądu, Beata Majewska-Czajkowska zakazała dotykać zbioru, bo może być zagrzybiony, no i zawiera dane, które z natury nie są jawne. Pracownicy sądu nie potrafią ukryć niezadowolenie z powodu znaleziska. Muszą akta wyczyścić, skatalogować, przetłumaczyć, a to kosztuje. Za to archiwiści aż zacierają ręce z zachwytu. Akta trafią do archiwum w Katowicach. - Mają bardziej wartość historyczną niż prawną, choć nie jest wykluczone, że trzeba będzie do nich zaglądać w razie wątpliwości - twierdzi sędzia Tomasz Pawlik. Nabywców gliwickich nieruchomości chroni upływ czasu, w którym ewentualni właściciele mogli wystąpić z roszczeniami. Chroni tzw. rękojmia wiary publicznej ksiąg wieczystych, czyli sprzedający ujawniony w księdze wieczystej był rzeczywiście właścicielem. Przekonanie, że teraz Niemcy przyjdą i odbiorą dawną własność, jest nieuzasadnione. Teresa Semik (źródło: Polska Dziennik Zachodni z dnia 16-17 lutego 2008 r.) |
||||||||
Detektywi rodów |
||||||||
|
||||||||
-Genealogiczna przygoda, a później pasja, zaczyna się najczęściej od postawienia sobie pytania: "skąd jestem, kim byli moi przodkowie?". Inspiracją bywa też przypadek, np. jakieś rodzinne zdarzenie - mówi Grzegorz Mendyka, przewodniczący Śląskiego Towarzystwa Genealogicznego. Potwierdza to Andrzej Lazar, lekarz okulista, założyciel zagłębiowskiego oddziału ŚTG i jednocześnie prezes Zagłębiowskiego Koła Genealogicznego. - Zaczęło się siedem lat temu, kiedy po śmierci mamy zdałem sobie sprawę, że odeszła osoba, od której najwięcej mogłem się dowiedzieć o swoich bliskich. Zacząłem więc jeździć po całej rodzinie, spisywać to, co pamiętali z opowieści przodków - mówi Lazar. Potem przejrzał księgi parafialne i dokumenty w archiwum archidiecezji. Szukał dalej aż zbudował drzewo genealogiczne z 16420 krewnymi! - Mamy mnóstwo zapytań o przodków. Każdy może sam prowadzić u nas kwerendę, jednak większość osób nie jest w stanie przebrnąć przez ogrom materiału. Dlatego można to zlecić, ale odpłatnie. Godzina poszukiwań kosztuje 60 zł, plus na przykład kserokopie po 2 zł - mówi dr Piotr Greiner, dyrektor Archiwum Państwowego w Katowicach. Podobnie jest w Archiwum Archidiecezjalnym w Katowicach, gdzie opłata za przygotowanie odpowiedzi na pytanie o konkretne materiały archiwalne kosztuje 50 zł. Za godzinę poszukiwań archiwistów zapłacimy 22 zł, a za odpis strony dokumentu 20 zł. - Kwerendę przeprowadzają pracownicy archiwum z tytułem doktora nauk historycznych, specjaliści w odczytywaniu dokumentów pisanych po łacinie oraz w języku neogotyckim - mówi dr Halina Dudała, dyrektor Archiwum Archidiecezjalnego. Najstarsze księgi metrykalne w zasobach tego archiwum pochodzą z XVII wieku. - Bardzo rzadko wykonujemy kserokopie dokumentów. Przede wszystkim udostępniamy ich wierzytelne odpisy w języku oryginalnym, a w razie potrzeby tłumaczymy je. Odtworzenie pełnego drzewa genealogicznego nie zawsze się udaje, bo zależy choćby od stanu zachowania i kompletności ksiąg metrykalnych danej parafii. Z reguły jednak możemy odtworzyć genealogie do czterech, pięciu pokoleń wstecz - dodaje dr Halina Dudała. Oddział Śląskiego Towarzystwa Genealogicznego ma siedzibę w sosnowieckiej Wyższej Szkole Humanitas przy ul. Kilińskiego 43. Spotkania odbywają się w każdy pierwszy czwartek miesiąca o godz. 17. W archiwach i w sieci Nieocenionym źródłem wiedzy o przodkach są archiwa państwowe i kościelne. W 2005 roku do Archiwum Państwowym w Katowicach zgłosiło się 119 osób zainteresowanych przodkami, a w roku ubiegłym już 224. W katowickim Archiwum Archidiecezjalnym rocznie przygotowuje się około dwustu drzew genealogicznych. Ponadto można tu wyszukać pojedyncze dokumenty rodzinne, takie jak akty ślubu czy zgonu. Poszukiwanie przodków bardzo ułatwia również internet. Są takie strony jak np. www.genpol.com czy www.genealodzy.pl, na których można znaleźć odpowiedzi na pytania dotyczące genealogii. Poza tym na stronie Archiwum Państwowego (www.archiwa.gov.pl) znajduje się zakładka "genealogia", a w niej wskazówki dotyczące poszukiwań, zaś w zakładce "bazy danych" program rejestracji akt metrykalnych i stanu cywilnego "Pradziad". Sebastian Reńca (źródło: Polska Dziennik Zachodni z dnia 14 lutego 2008 r.) |
||||||||
Archiwum w ścianie |
||||||||
|
||||||||
Odkryte w ścianie archiwum to akta gruntowe z czasów niemieckich, czyli takie współczesne wpisy do ksiąg wieczystych. - Wśród nich są umowy kupna i sprzedaży gruntu, obciążenia hipoteczne, pożyczki, a nawet plany architektoniczne i rysunki nieruchomości - mówi Tomasz Pawlik, rzecznik Sądu Okręgowego w Gliwicach. - Na teczkach są starannie wykaligrafowane napisy w gotyku, co dowodzi, że dokumenty pochodzą na pewno sprzed 1945 roku - mówi Józef Gumienny, wicedyrektor SO. - Dokumenty są starannie ułożone, widać tu niemiecką dokładność. A znajdujące się w ścianach filtry wentylacyjne świadczą o tym, że pomyślano o zabezpieczeniu akt przed wilgocią - dodaje. Ile dokładnie dokumentów kryje w sobie ściana sutereny , jeszcze nie wiadomo. Pomieszczenie, w którym je znaleziono ma wymiary 3 na 5 metrów, więc można jedynie podejrzewać, że to ogromna ilość. Akta są bowiem poukładane od podłogi do sufitu w równych stertach. Dla historyków i archiwistów znalezisko stanowi bardzo ciekawy materiał. Dlatego też ich radość jest ogromna. Pracy badawczej na pewno nie zabraknie im przez kilka lat. Natomiast w sądzie odkryte dokumenty wywołały raczej umiarkowaną radość. Tajne archiwum oznacza bowiem masę obowiązków i... wydatków. - Akta muszą zostać zabezpieczone, spakowane i poddane dezynfekcji w specjalnej komorze w celu odgrzybienia. Następnie skatalogowane i przetransportowane do archiwum - mówi Tomasz Pawlik. Sąd będzie musiał zatrudnić wykwalifikowanego archiwistę, który zajmie się aktami. W sumie wszystkie te czynności będą kosztować kilkadziesiąt tysięcy złotych. O odkrytym archiwum natychmiast zostały powiadomione państwowe służby archiwistyki. Dokumenty trafią do Archiwum Państwowego w Katowicach. Maria Olecha (źródło: Polska Dziennik Zachodni z dnia 30 stycznia 2008 r.) |
||||||||
Odkryto zamurowane archiwum |
||||||||
|
||||||||
Okazały gmach Sądu Rejonowego w Gliwicach przy ulicy Powstańców Warszawy przechodzi właśnie gruntowny remont. Odrestaurowano już neobarokowe elewacje, prace trwają wewnątrz obiektu. W zeszłym tygodniu budynek z 1909 roku przypadkowo odsłonił jedną ze swoich tajemnic. Robotnikom skuwającym tynki w suterenie, zajmowanej ostatnio przez prokuratorów, ukazały się zamaskowane niewysokie drzwi. Za nimi odkryto tajne pomieszczenie, które nie widniało na żadnych planach. Wejścia broniły do niego sterty dokumentów. Aby zbadać wielkość skrytki, przepruto mur w kilku innych miejscach. Za każdym razem odsłaniał się ten sam widok - równo poukładane teczki ze starannie wykaligrafowanymi napisami w gotyku. Najbardziej zaskakujący jest fakt, że ukryte pomieszczenie znajduje się tuż za ścianą ... marmurowego westybulu. - Koło tej skrytki przechodzili wszyscy od kilkudziesięciu lat, nie mając o niej pojęcia. A w środku są akta gruntowe z czasów niemieckich, ich odkrycie to dla nas wielka niespodzianka - mówi Barbara Kusińska, archiwistka gliwickiego sądu rejonowego. O znalezieniu akt niezwłocznie powiadomiono państwowe służby archiwistyki. - To bezcenne odkrycie - zachwyca się Piotr Greiner, dyrektor Archiwum Państwowego w Katowicach. Jego pracownica uważa podobnie. - Akta gruntowe dla historyka są bardzo ciekawym materiałem. To jakby załączniki do ksiąg gruntowych, czyli naszych dzisiejszych ksiąg wieczystych. Można w nich znaleźć akta kupna i sprzedaży gruntu, czyli dowiemy się, kto, co i za ile kupił. Są też obciążenia hipoteczne, czyli pożyczki, a nierzadko plany architektoniczne i rysunki nieruchomości, a nawet listy. To daje niesamowicie bogaty zbiór udokumentowanych faktów z przeszłości - opowiada Sławomira Krupa, kierowniczka oddziału opracowania i ewidencji zasobu archiwalnego w Archiwum Państwowym w Katowicach. Dokumenty dotyczą Gliwic i dawnego powiatu gliwicko-toszeckiego. Wszystkie pochodzą sprzed 1945 roku, kiedy zamurowali je uciekający Niemcy. - Gros dokumentacji pochodzi z XIX wieku. Wtedy w ogóle rozpoczęto wprowadzanie dokumentacji gruntowej, jednak Prusy były w tej kwestii do przodu, więc znajdziemy tam z pewnością akta z końca XVIII wieku, a może nawet odpisy jeszcze starszych dokumentów - przypuszcza Krupa. Archiwiści są zachwyceni doskonałym stanem dokumentów. - Widać tutaj niemiecki porządek. Akta są równo poukładane od podłogi po sufit, pewnie według jakiegoś logicznego systemu, tylko część się teraz zsunęła. Po 60 latach papier jest zupełnie suchy! - nie może się nadziwić archiwistka Kusińska. Dobre właściwości pomieszczenia przypisuje jego konstrukcji. Ceglane ściany pokryto gazobetonem, który chroni od wilgoci, jest też niepalny. W jednej ze ścian znaleziono rodzaj filtra powietrza wypełnionego trocinami. Specjaliści snują hipotezę, że Niemcy, tworząc skrytkę, musieli bardzo liczyć na powrót do Gliwic. W mieście krąży od lat legenda, że w czasie ewakuacji miasta z sądów wywożono ciężarówkami dokumenty. Odkrycie skrytki pokazuje, że mogło być inaczej, i być może niejeden jeszcze gliwicki gmach skrywa tajne archiwa. Znalezisko nie wywołało wielkiej radości w samym sądzie. - Spadło na nas teraz masę obowiązków i wydatków. Ustawa nakazuje nam, przed przekazaniem akt Archiwum Państwowemu, ich dokładne przygotowanie - tłumaczy Tomasz Pawlik, rzecznik gliwickiego sądu okręgowego. Dokumenty przejdą odgrzybianie w specjalnej komorze, koszt operacji dla takiej góry dokumentów może wynieść nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych. Ich skatalogowanie to znowu kilka miesięcy żmudnej pracy dla archiwisty. Dopiero wtedy dokumenty trafią do Archiwum Państwowego w Katowicach. Na pierwsze odkrycia drzemiące w aktach przyjdzie więc jeszcze trochę poczekać. Tomasz Malkowski (źródło: Gazeta Wyborcza z dnia 29 stycznia 2008 r.) |
||||||||
Do Rudy Śląskiej powróci PRL |
||||||||
|
||||||||
Jeden z najstarszych w regionie folwarków, pamiętający jeszcze schyłek XIX wieku, przetrwał do dziś w Rudzie Śląskiej - Bielszowicach. Zabudowania przez 10 lat stały puste, odkąd zamknięto mieszczący się tu niegdyś PGR. W tym czasie szabrownicy rozkradli wszystko, w zrujnowanych budynkach ostały się tylko nagie mury. Cztery lala temu olbrzymie ceglane obory, wozownie i spichlerze trafiły w prywatne ręce. Nowy gospodarz odrestaurował już okazały dom i wozownię, pozostałe budynki zabezpieczono przed zniszczeniem, a cały teren ogrodzono. - Początkowo nie wiedziałem, co tu powstanie. Słyszałem o muzeum NRD w Zagłębiu Ruhry i pomyślałem: dlaczego nie zrobić czegoś podobnego u nas? Od lat mówi się o powołaniu muzeum komunizmu w różnych miejscach Polski, ale nic z tego nie wychodzi - tłumaczy właściciel folwarku. W Warszawie od lat powstają kolejne projekty SocLandu. Tam muzeum komunizmu ma powstać w podziemiach Pałacu Kultury i Nauki, ale nie ma środków na jego realizację. Natomiast jedyna galeria sztuki socrealistycznej, która znajduje się w Muzeum Zamoyskich w Kozłówce, cieszy się sporym zainteresowaniem zwiedzających. - Nie ma nigdzie w Polsce muzeum, które pokazywałoby codzienne życie powojenne. Młodzi ludzie mają nawet problem z rozszyfrowaniem skrótu PRL. Takie miejsce jest potrzebne - mówi Krzysztof Kornacki, dyrektor Muzeum Zamoyskich. Właściciel folwarku nawiązał z nim kontakt i tak powstała inicjatywa utworzenia muzeum PRL-u w dawnym folwarku. Powołano komitet honorowy muzeum, na jego czele stanął poseł Jan Rzymełka, a członkami są m.in.: prezydent Rudy Śląskiej Andrzej Stania, Piotr Greiner dyrektor Archiwum Państwowego, oraz Andrzej Drogoń, dyrektor katowickiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej. W trakcie rejestracji jest fundacja muzeum, która będzie prowadzić tę prywatną placówkę. - Liczymy na ofiarność ludzi, którzy podarują nam większość eksponatów. Szukamy przedmiotów codziennego użytku w dobrym stanie, mebli, a także samochodów czy motorów - mówi pomysłodawca. Rudzkie muzeum będzie pokazywać życie między 1945 a przełomowym 1989 rokiem. W zaadaptowanych budynkach folwarku zaaranżowane zostaną: sklep mięsny z gołymi hakami, mieszkanie z meblościanką, gabinet I sekretarza i charakterystyczne bary mleczne. - Na stworzenie kolejnej kolekcji sztuki socrealistycznej nie ma już szans. Ten okres w sztuce trwał tylko cztery lata i większość dzieł z tego okresu nie jest. już do zdobycia. Ale zwykle przedmioty mogą być gratką. Byle musztardówka, z której pito kiedyś wódkę, to dziś rarytas kosztujący kilkadziesiąt złotych. Nie mówiąc już o słynnych saturatorach - mówi Kornacki. Twórcy muzeum zapewniają, że nie będzie to tylko sentymentalna podróż, oprócz blasków mają być i cienie minionego ustroju. - Nie zabraknie ukazania walki Polaków o wolność i kolejnych znaczących momentów naszej historii, jak Poznania'56, wydarzeń marcowych czy Sierpnia '80. Będzie trochę heroizmu, ale bez martyrologii. Powinna tu panować atmosfera zabawy, by przyciągnąć młodzież - dodaje pomysłodawca przedsięwzięcia. Irena Fugalewicz z Fundacji dla Śląska, która współpracuje przy tworzeniu muzeum PRL-u, uważa, że pomysł gromadzenia rzeczy z tego okresu jest znakomity, bo Wiele z nich bezpowrotnie znika. - Sam folwark daje duże możliwości, wystawy nie będą musiały być zamknięte w murach, ale znajdą miejsce także na zewnątrz. Ważny będzie program placówki, by zachowała równowagę między śmieszno-absurdalną stroną PRL-u a jego smutnymi momentami - mówi. Tomasz Malkowski (źródło: Gazeta Wyborcza z dnia 18 stycznia 2008 r.) |
||||||||
Wielkie rody |
||||||||
|
||||||||
Dzieje tutejszych rodów to przyspieszony kurs bankowości i zarządzania, jak pomnażać dziedziczone kapitały, właściwie odczytując trendy gospodarki, zakończony błyskotliwym sukcesem, czasami bolesnym upadkiem. Ród Ballestremów, z łucznikiem w herbie, z włoskiego Piemontu, dostał się na Górny Śląsk poprzez małżeństwo w rodzinie von Stechow. W linii żeńskiej wywodził się od Henryka Brodatego i jego żony św. Jadwigi. Posiadał Rudę, Biskupice, Kochcice i Pławniowice, które przekształcono w niepodzielny majątek (majorat). Ballestremowie władali również dobrami poza Śląskiem, zamek Strečno, w dolinie Wagu, to ich słowacka siedziba. Z rozległych tamtejszych lasów sprowadzano drewno do górnośląskich kopalń. Zarządcą rodowego majątku był Karol Godula, syn leśniczego, który w pierwszej połowie XIX w., dzięki zapobiegliwości i pracowitości, osiągnął ogromny majątek. Było to tak kuszące stanowisko, że Antoni Klausa, by zostać dyrektorem dóbr Ballestremów, zrezygnował z godności burmistrza Tarnowskich Gór; wolał urzędować w Gliwicach w istniejącym do dzisiaj budynku, obecnie siedzibie Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego. Hrabiowie Colonna mieli co prawda swoje korzenie w Tyrolu, gdzie nosili nazwisko von Fels, co w języku niemieckim oznacza skałę, jednak szukali szczęścia w słonecznej Italii. W XV wieku Leonard von Fels za zasługi wojenne w wojsku papieskim otrzymał tytuł barona a admirał książę Marco Colonna przyjął go do swojego rodu i herbu. Nim pojawili się, na początku XVII w., na Górnym Śląsku. osiedli w Czechach. Drogą małżeństw i zakupów ich olbrzymie latyfundium, liczące w końcu XVIII w. ponad 50 tys. ha, obejmowało Strzelce, Pyskowice, Łabędy i Toszek, główną siedzibę. Kasper Colonna przebudował w latach 1650-1655 toszecki zamek oraz dobudował nową część mieszkalną, tworząc z zabytkowej budowli barokową rezydencję. Ród należący do ścisłej czołówki śląskich posiadaczy, zszedł z dziejowej sceny dwieście lat temu, jego majątek przeszedł w ręce hrabiów von Gaschin (Gaszyńskich), wywodzących się z ziemi wieluńskiej, których włości w tym czasie były niewiele mniejsze. Jeden z najbardziej znaczących rodów śląskich, począwszy od XVI w. stawał się kolejno właścicielem Kietrza. Olesna, Woźnik, Żyrowej, Polskiej Cerekwi. Największą karierę zrobił Melchior Ferdynand w połowie XVII w. Nie tylko skutecznie powiększał rodzinny majątek i awansował w hierarchii urzędniczej jako starosta ziemski opolsko-raciborski, prezydent kamery we Wrocławiu, wreszcie członek rady cesarskiej, ale przede wszystkim był fundatorem klasztoru na Górze św. Anny. Nic nie trwa jednak wiecznie, pod koniec XIX w. scheda po Gaschinach przypadła spowinowaconym hrabiom Henckel von Donnersmarck, których druga część nazwiska (donnersmarck - znaczy: czwartkowy targ) świadczy o ich mieszczańskiej proweniencji. Zajmowali się handlem i bankowością, byli tak zamożni, że pożyczyli cesarzowi, podczas wojny 30-letniej, sporą sumę pieniędzy, za co otrzymali w zastaw ziemię bytomską. Katolickiemu monarsze nie przeszkadzało, że byli protestantami. Siedzibami rodu, którego kolebką był węgierski Spisz, stały się pałace w Świerklańcu, Nakle, Reptach i Brynku. Głośny oskarowy film Życie na podsłuchu jest dziełem współczesnego potomka tego rodu. Na wystawie nie mogło zabraknąć Mieroszewskich, herbu Ślepowron, do których przez jakiś czas należały Katowice. Dr Kaganiec nie zatrzymała się tylko na 1839 r., kiedy to Aleksander sprzedał dobra na Śląsku, ale poszła dalej i pokazała ten ród do momentu wybuchu I wojny światowej, oczywiście poprzez metropolie, dlatego, że zachowali tytuł ordynatów mysłowickich i bardzo troskliwie go podkreślali. Wśród ciekawych postaci. zwraca uwagę Krzysztof, sekretarz króla polskiego Władysława IV Wazy, inżynier-intelektualista, człowiek o wyjątkowo szerokich horyzontach, architekt (twórca fortyfikacji klasztoru jasnogórskiego i Krakowa) oraz dwóch Stanisławów. Pierwszy w czasach upadku państwa polskiego posłował na Sejm Wielki i uczestniczył w powstaniu kościuszkowskim. Drugi zaś zasłynął z pamiętników, w których krytycznie przedstawił arystokratyczno-ziemiańskie środowisko Krakowa końca XIX i początku XX wieku, nazywając je zbiorowiskiem oryginałów, dewotek i dziwaków. Warto było odwiedzić wystawę dla trzech, bardzo różniących się, ale wspaniałych dam. Ewa von Tiele-Winckler, arystokratka, która porzuciła zamek, by jako Matka Ewa pracować wśród biedoty. Joanna Gryzik, zwana "śląskim Kopciuszkiem", córka komornika i służącej, spadkobierczyni bajkowej fortuny "króla cynku" - Karola Goduli. Tuż przed ślubem z hrabią Janem Ulrykiem Schaffgotschem, przedstawicielem jednego z najstarszych śląskich rodów, ale właścicielem jedynie kilku wsi na Górnym Śląsku, król pruski nadał jej szlachectwo i nazwisko von Schomberg-Godula. Wreszcie "angielska stokrotka" - księżna Daisy, właściwie Maria Teresa, żona księcia Jana Henryka Hochberga, pod względem posiadanego majątku na trzecim miejscu w Niemczech na początku XX wieku. Elżbieta Borkowska (źródło: Śląsk z miesiąca stycznia 2008 r.) |
||||||||
Daleko od Schengen |
||||||||
|
||||||||
Mijam równie często dawne posterunki na styku Goduli (dzielnica Rudy Śląskiej) i Szombierek (dzielnica Bytomia). Tutaj zawsze nawiedza mnie nieco melancholijny nastrój, bo dotąd nie udało mi się sprawdzić, dlaczego w tym miejscu tak potwornie cuchnie. Czy działa tu w pobliżu jakaś przestarzała, wyrzucona właśnie na przygraniczny pas oczyszczalnia ścieków? A może sunie tędy któryś z mizernych dopływów rzeczki Bytomki? Ziemia niczyja? Ziemia porzucona? Tak czy inaczej w tym miejscu, nie molestowany przez żandarmów, zwykle zamykam wszystkie dopływy powietrza do wnętrza samochodu, ale przezornie zwalniam, bo trzeba przeciąć chyba już zupełnie nieczynny nasyp kolejowy i wjechać pod wiadukt, pokonując naturalną w tym miejscu pochyłość terenu. Tak, tutaj ta dawna granica polsko-niemiecka, wyznaczona w latach 1921-22, wygląda wiarygodnie i poważnie. I ja się zachowuję poważnie jak, nie przymierzając, polscy i niemieccy pogranicznicy, którzy w połowie drogi musieli na amen zamykać pociągi kursujące z Katowic do Tarnowskich Gór, bo dwukrotnie składy wagonów pokonywały państwowe rogatki. W pierwszych latach tak postępowano nawet na tych liniach tramwajowych, które raz przejeżdżały przez obszar II Rzeczypospolitej, a raz przez Republikę Weimarską, by znowu wjechać do Polski. Albo vice versa. Nie trzeba chyba nikogo przekonywać jak bardzo było to dla zwykłych mieszkańców obu części Górnego Śląska kłopotliwe. Ale cóż było robić? To tylko z naszej dzisiejszej perspektywy wygląda na to, że ówcześni politycy i administratorzy nie wiedzieli, co czynią. Prawdopodobnie w niejednym miejscu rzeczywiście można było wyznaczyć linie demarkacyjne bardziej racjonalnie, ale dotąd przecież był to jeden organizm i nikt nie mógł wiedzieć, że kiedyś będzie podzielony. Więc rozwijał się żywiołowo, prowadząc ścieżki śląskich losów - jak się miało okazać raz w jedną, raz w drugą stronę. Nic zatem dziwnego, że wielu ludziom na ich codziennej drodze życia stanęła wysoka ściana. Niby łatwo przepuszczalna, a jednak realna a z czasem coraz pilniej strzeżona i groźna. Ale przecież były na tym polsko-niemieckim styku miejsca kuriozalne, paradoksalne, nie mieszczące się w granicach jakiejkolwiek logiki. Na wystawie w gliwickim Domu Współpracy Polsko-Niemieckiej zatytułowanej "Na granicy. Rzecz o czasach, ludziach i miejscach" ("Grenzgänger. Zwischen Deutschen und Polen. Erzählte Zeiten, Erzählte Menchen. Erzählte Orte"), wzbudziła moją wesołość linia pociągnięta już nawet nie wzdłuż płotu sąsiada (bo i takie miejsca są udokumentowane), lecz po środku ... studni i bodaj zawieszonego na niej wiadra. Lecz do rangi symbolu podniósłbym bramę wejściową do przyznanej Niemcom dopiero w roku 1923 kopalni Makoszowy (Delbrück-Grube). To ona stanowiła granicę. Wychodząc z pracy, było się już jednak w Polsce ... Ludzie radzili sobie jak mogli. Wyposażeni w Karty Cyrkulacyjne (Verkehrskarte), pozwalające poruszać się tylko "w obrębie górnośląskiego obszaru plebiscytowego", ale praktycznie funkcjonujące jak paszporty, dość swobodnie kursowali w obie strony. Swobodnie, ale gdy nie toczono wojen celnych. Przemyt był na porządku dziennym. Z zachodu na wschód szmuglowano artykuły przemysłowe i odzież, w odwrotnym kierunku - głównie żywność. Dla wielu Górnoślązaków, nękanych kryzysami gospodarczymi i bezrobociem, przemyt stanowił podstawę egzystencji. Ale trzeba było uważać. Można było zapłacić więzieniem a nawet śmiercią z ręki mundurowych. To jasne - im bliżej wojny, tym kary i represje były surowsze.
Prawdziwym problemem były trwałe migracje. Dziesiątki tysięcy rodzin zdecydowało się na przeprowadzki i rodzaj tułaczki, bo wielu utraciło porządne mieszkania na rzecz egzystowania przez lata w barakach. Dla przesiedleńców budowano na obrzeżach Bytomia czy Zabrza nowe osiedla. Ba, stawiano nawet kościoły i tworzono nowe parafie. Ale to musiało trwać. W lepszej sytuacji znaleźli się Polacy, zwłaszcza urzędnicy i fachowcy z Galicji czy Wielkopolski. Wielu spośród nich polska administracja mogła zaoferować dobre warunki mieszkaniowe w mieszczańskich śródmieściach Chorzowa czy Katowic. Zresztą rywalizacja i konkurencja przenosiła się na różne obszary życia (także sportu i piłki nożnej), co w niektórych przypadkach owocowało na przykład ciekawymi, nowoczesnymi rozwiązaniami urbanistyczno-architektonicznymi i infrastrukturalnymi. W latach 20. i 30. po obu stronach pobudowano piękne stadiony, nowe szkoły i gmachy użyteczności publicznej. Większość z tych obiektów do dziś dobrze służy ludziom i cieszy oko. Angażowano bowiem wybitnych architektów z Krakowa czy Lwowa, Wrocławia czy Berlina, i nie szczędzono - jeśli tylko było to możliwe - pieniędzy. Ba, snuto wielkie plany inwestycyjne, które do dziś porażają rozmachem i wyobraźnią. Cóż, był taki moment. że obie strony przyjęły do wiadomości, że muszą się rozwijać niejako obok siebie i że ten stan rzeczy może być trwały, bo usankcjonowany względami i interesami międzynarodowymi, europejskimi. Wiadomo, potem się to nagle zmieniło ... Nie wiem, czy dla organizatorów gliwickiej wystawy (a na pewno warto ją przenieść także w inne miejsca, bo kosztowała wiele wysiłku dużej grupy ludzi) głównym impulsem do działania był czas zbliżania się Polski do grupy Schengen. Wiem, że mnie przyszło te słowa kreślić akurat w przeddzień likwidacji granicznych szlabanów wzdłuż Odry i Nysy Łużyckiej. To historyczny moment. Wręcz niesamowity moment, co tym łatwiej przychodzi mi pojąć, gdy oglądam te zdjęcia i "rekwizyty" (udało się na przykład odnaleźć oryginalne kamienie graniczne z literkami "P" i "D", dziś służące w czyimś przydomowym ogródku jako "nogi" prymitywnej ławki). Jesteśmy w zupełnie innym miejscu. Tych odległych dat i epok - ale przecież nie aż tak bardzo odległych. skoro podczas wernisażu gliwickiej wystawy zaproszono i dopuszczono do głosu ludzi, którzy niemal dosłownie na dawnej polsko-niemieckiej granicy mieszkali - nawet zestawić obok siebie nie można. A cóż dopiero je porównywać. 17-letnie trwanie tamtej granicy polsko-niemieckiej to ledwie epizod w dziejach Górnego Śląska, rozpoczęty a przede wszystkim zakończony bezmiarem krwi i cierpień. Dziś symbolicznie i dosłownie - akurat też 17-18 lat po podpisaniu polsko-niemieckich układów o przyjaznej współpracy - rozwalane są graniczne zasieki i zadeptywane zaorane pola. Pasy "ziemi niczyjej" jeszcze będą trochę straszyć, ale kiedyś i one się zrosną. Zrosną jak rany. I zagoją. Czy już teraz należy zachowywać graniczne "relikty". rozmaite "eksponaty", zdjęcia i filmy, by je za 80 lat pokazywać jako historyczno-muzealne ciekawostki? Niechby miało tak być! Niechby obrazy z grudnia roku 2007 zrobiły na naszych potomkach to samo niesamowite wrażenie, jakie we mnie wzbudziły parominutowe nieme obrazki z dawnej granicy polsko-niemieckiej na Górnym Śląsku. Dotąd chyba nie podejrzewaliśmy, że takie scenki w ogóle się zachowały. Zapewne nikt ich publicznie nie pokazywał od głębokich czasów międzywojennych. Niektórzy badacze podają, że Kucharz utrzymywał znajomości z Kazimierzem Skibą i jego młodszym bratem Michałem - świadkiem na ślubie Kucharzów w Bogucicach. Kazimierz Skiba (ur. w 1812 r. zm. w 1890 r.) był do 1859 r. przedostatnim sołtysem wsi Katowice przed uzyskaniem przez nią w 1865 r. praw miejskich. Literatura naukowa nazywa go ostatnim polskim sołtysem Katowic. Dom Kucharza był azylem dla uciekinierów z Kongresówki i punktem kontaktowym dla konspiratorów. O jego usytuowaniu nie pisali dotychczas badacze dziejów tamtej epoki. Dopiero odkrycie dr. Jedynaka umożliwiło dokładniejszą lokalizację obiektu i dalsze poszukiwania. Wiele znaków zapytania pojawia się w katowickiej i późniejszej biografii ks. Kamińskiego, jego ciotki i wuja. Odpowiedź na nie kryje się być może w archiwach przy ul. Józefowskiej. Krzysztof Karwat. Materiały pochodzą ze zbiorów Archiwum Państwowego w Katowicach. Dawid Smolorz (źródło: Śląsk z miesiąca stycznia 2008 r.) |
||||||||
Wspomnienie o Kucharzach |
||||||||
|
||||||||
Ostatnio dr Zdzisław Jedynak wydobył kilka umów kupna sprzedaży sporządzonych w tamtych czasach. Ich sygnatariuszami są polscy chłopi zamieszkujący posesje w okolicach ówczesnej "szosy z Mysłowic" (obecna ulica Warszawska). W umowie z lutego 1858 roku omówione zostały warunki transakcji pomiędzy sprzedającym: Maciejem Boguszowskim a kupującymi: małżeństwem Janem i Marią Kucharzami. W kontrakcie datowanym na 15 grudnia 1858 roku w charakterze kupującego występuje Wincenty Kucharz, a zbywającymi są: Barbara i Walenty Wieczorkowie. Przedmiot sprzedaży stanowi nieruchomość zabudowana domem, w którym nabywca zobowiązuje się zapewnić Barbarze tak zwany wycug i jedną z izb do dożywotniego używania. Obie umowy zostały zawarte w jednej z bytomskich kancelarii notarialnych. Każda z nich - na życzenie kupujących - została sporządzona zarówno po niemiecku, jak i po polsku. - To wyraźnie świadczy o tym, że co najmniej jedna ze stron nie znała obowiązującego języka niemieckiego mówi dr Zdzislaw Jedynak. Protokoły postępowania sądowego w zakresie prawa hipotecznego były często prowadzone w dwóch językach. Niemniej w wielu wypadkach rezygnowano z pisemnego protokołu w języku polskim, bo to wiązało się z dodatkową opłatą. Na ogół wystarczało ustne odczytanie tekstu przez tłumacza sądowego. W tych aktach - w tekstach pisanych w całości w języku niemieckim - można napotkać zdanie: "Wyrzekam się wiedzenia protokołu polskiego" - dodaje badacz. Nabywcy dwóch różnych nieruchomości zabudowanych domami mieszkalnymi, czyli bracia Kucharzowie, byli ludźmi względnie zamożnymi. Starszy Jan był mistrzem, a Wincenty czeladnikiem masarskim. W Katowicach mieszkali już od ośmiu lat i zapewne cieszyli się sławą dobrych fachowców, skoro w dość krótkim czasie zgromadzili fundusze, za które można tu było kupić dom z kawałkiem poła. Około roku 1850 przybyli do Katowic z Pyskowic pod Gliwicami i zamieszkali przy Dorfstrasse (obecna ulica Starowiejska) jako sąsiedzi czy też sublokatorzy niejakiego Wdowioka. Jan Kucharz przeszedł do historii jako wuj księdza Pawła Kamińskiego, kapelana w powstaniu styczniowym i założyciela pierwszej na Śląsku parafii starokatolickiej. Niektórzy badacze podają, że Kucharz utrzymywał znajomości z Kazimierzem Skibą i jego młodszym bratem Michałem - świadkiem na ślubie Kucharzów w Bogucicach. Kazimierz Skiba (ur. w 1812 r. zm. w 1890 r.) był do 1859 r. przedostatnim sołtysem wsi Katowice przed uzyskaniem przez nią w 1865 r. praw miejskich. Literatura naukowa nazywa go ostatnim polskim sołtysem Katowic. Dom Kucharza był azylem dla uciekinierów z Kongresówki i punktem kontaktowym dla konspiratorów. O jego usytuowaniu nie pisali dotychczas badacze dziejów tamtej epoki. Dopiero odkrycie dr. Jedynaka umożliwiło dokładniejszą lokalizację obiektu i dalsze poszukiwania. Wiele znaków zapytania pojawia się w katowickiej i późniejszej biografii ks. Kamińskiego, jego ciotki i wuja. Odpowiedź na nie kryje się być może w archiwach przy ul. Józefowskiej. Henryk Szczepański (źródło: Polska Dziennik Zachodni z dnia 7 stycznia 2008 r.) |
||||||||
Ratują kwaśne kartki |
||||||||
|
||||||||
Podczas uroczystości jubileuszowej 7 grudnia można było podziwiać zainstalowaną właśnie w katowickiej placówce ma szynę do masowego odkwaszania papieru. - Urządzenie kosztowało pół miliona - mówiła Tamara Domanik, szef sekcji masowe go odkwaszania. - W Polsce działa takich urządzeń pięć, z tego trzy w oddziale Archiwum Państwowego. Na razie trwa rozruch, ale docelowo urządzenie będzie w stanie odkwaszać 1000 stron formatu A4 na dobę. W maszynie dokumenty poddawane są kilkuminutowej kąpieli, która odkwasza papier, wzmacnia go i zabezpiecza pokryty nim atrament lub tusz przed rozmyciem. Zabieg jest konieczny, ponieważ zakwaszony, używany niemal przez cały XX wiek, rozpada się. Odkwasza nie ratuje dokumenty o bez cennej często wartości. Moim zdaniem: dr Sławomir Radoń - Naczelny Dyrektor Archiwów Państwowych Archiwum Państwowe w Katowicach jest jednym z największych w Polsce. Oprócz centrali ma 7 oddziałów zamiejscowych. Jak wszyscy wiedzą, Śląsk jest bardzo zurbanizowany i ma sporo mieszkańców. Dlatego powstaje wiele dokumentów. Katowickie archiwum przechowuje prawie 18 kilometrów materiałów archi walnych. Mówię o długości półek, które zajmują te akta. Nie ma tu zbiorów tak cennych jak np. w Warszawie, czy w Krakowie. Bardzo cenne są jednak materiały dotyczące XIX i XX wieku - np. akta o charakterze gospodarczym, które dokumentu ją rozwój przemysłu i gospodarki na Górnym Śląsku. Inne materiały archiwalne pokazują życie na tym terenie we wszystkich jego przejawach. MR (źródło: Gość Niedzielny z dnia 16 grudnia 2007 r.) |
||||||||
Katowickie archiwum świętuje jubileusz |
||||||||
|
||||||||
Katowickie archiwum to jedna z trzech największych takich instytucji w Polsce. Zostało założone przez wojewodę śląskiego Michała Grażyńskiego w 1932 roku. Od początku odzwierciedlało skomplikowaną historię regionu. Zgromadzone w nim dokumenty były pisane po polsku, czesku, rosyjsku i niemiecku. W czasie okupacji hitlerowskiej część zbioró została wywieziona i zniszczona, ale tuż po wojnie placówka wznowiła działalność. Własnej siedziby doczekała się jednak dopiero w 1992 roku, gdy otrzymała budynki po zlikwidowanej jednostce wojskowej w Katowicach Józefowcu. Od ubiegłego roku dyrektorem jest dr Piotr Greiner. Najstarszy przechowywany w katowickim archiwum dokument pochodzi z 1412 roku to sporządzone na pergaminie potwierdzenie o sprzedaży wsi Miechowice, dzisiejszej dzielnicy Bytomia. Oprócz dokumentów pisanych archiwum przechowuje również wiele cennych map, projektów, planów, fotografii i plakatów. Niektóre z nich są reprodukowane w wydanym właśnie informatorze. Można tam znaleźć m. in. nazwiska osób, które podpisały się pod prośbą o przemianowaniu Katowic na Stalinogród w 1953 roku. Wystawę poświęconą dziejom archiwum można zwiedzać do końca lutego. JK (źródło: Gazeta Wyborcza z dnia 7 grudnia 2007 r.) |
||||||||
Kąpiel ratuje dokumenty |
||||||||
|
||||||||
To specjalistyczne urządzenie do odkwaszania papieru. Kosztowało pół miliona złotych. Z zewnątrz przypomina drukarkę, tyle, że jest kilkanaście razy większe. Z jednej strony, jak w drukarce, wkładane są kartki. Dosyć wysoko, żeby tu sięgnąć trzeba mieć naprawdę długie ręce. Gdy maszyna rusza, kartki przesuwają się na rolkach, a wreszcie przychodzi najważniejszy moment - trwająca może ze trzy minuty kąpiel w płynie wyglądającym jak kisiel. Gdy włożyć do niego palce, okazuje się, że ma konsystencję wody z mydłem. Zbiornik z tym płynem to olbrzymie akwarium. To substancja, która ma potrójne właściwości. - Przede wszystkim odkwasza papier, ale też wzmacnia go i zabezpiecza pokryty nim atrament lub tusz przed rozmyciem - opowiada Katarzyna Kwaśniewicz, kierowniczka działu w Archiwum Państwowym w Katowicach. Aparatura pilnuje, żeby cały czas utrzymywać tę substancję w temperaturze 14 stopni. Po kąpieli kartki są podsuszane i wkładane do prasy, aby nie uległy odkształceniu, ale to jeszcze nie koniec. Teraz trafiają do pracowni po drugiej stronie korytarza w ręce czterech osób, których zadaniem jest dokonanie drobnych napraw. Podklejają bibułką japońską, a następnie pakują do nowych, odkwaszonych teczek i pudeł. Jak oblicza Tamara Domanik, kierowniczka sekcji odkwaszania papieru w katowickim AP, w ciągu jednego dnia przez pracownię przechodzi około tysiąca kartek. Józef Krzyk (źródło: Gazeta Wyborcza z dnia 6 grudnia 2007 r.) |
||||||||
Wielkie rody Górnego Śląska |
||||||||
|
||||||||
Uratowane w ten sposób zbiory to jedna z większych atrakcji wystawy, którą do końca grudnia można zwiedzać w Muzeum Śląskim w Katowicach. Jej tytuł to "Wielkie rody Górnego Śląska", a autorami są: dr Zdzisław jedynak i dr Zbigniew Kiereś (Archiwum Państwowe w Katowicach) oraz dr Małgorzata Kaganiec (Muzeum Śląskie), którzy zgromadzili m. in. cenne mapy, portrety, fotografie, korespondencję, drzewa genealogiczne oraz herby, które opowiadają o początkach, rozkwicie i upadku kilkudziesięciu arystokratycznych śląskich rodów od końca XVIII do początku XX wieku. Ród Ballestremów, Hrabiowie Colonna Hrabiowie von Gaschin Henckel von Donnersmarck Inne nazwiska Elżbieta Borkowska (źródło: Gość Niedzielny z dnia 4 listopada 2007 r.) Muzeum czynne jest codziennie, oprócz poniedziałków, od godz. 10.00 do 17.00. w soboty i niedziele od 11.00 do 17.00. W każdy pierwszy wtorek miesiąca do godz. 19.00. Adres: Katowice. al. W. Korfantego 3, www.MuzeumSlaskie.pl |
||||||||
"Diabeł z Rudy" dorobił się na węglu |
||||||||
|
||||||||
Tomasz Głogowski: Śląsk kojarzy nam się głównie z wydobyciem węgla kamiennego, tymczasem zaczęło się od srebra i złota. Piotr Greiner: Ślady archeologiczne wskazują, że na Górnym Śląsku kruszce wydobywano jeszcze w okresie prehistorycznym, ale pierwsze informacje źródłowe o górnictwie kruszcowym pojawiają się w XIII wieku, w okresie tzw. kolonizacji niemieckiej. Głównym celem ówczesnych górników było wydobywanie srebra i złota, a nie węgla. Pamiętajmy, że Pan Bóg wyposażył Śląsk we wszystkie możliwe minerały, z wyjątkiem soli. Pierwsze wzmianki źródłowe na temat węgla kamiennego pochodzą z XV wieku i dotyczą Dolnego Śląska, czyli późniejszego Zagłębia Wałbrzyskiego. Natomiast pierwsze informacje o eksploatowaniu węgla kamiennego na Górnym Śląsku są dość pokrętne. W połowie XVII wieku pojawia się zapis źródłowy, w którym pan na Pszczynie, czyli Adam Leopold von Promnitz, zaleca stosowanie węgla w jaroszowickiej kuźnicy żelaza. Ale nie wiemy, czy rzeczywiście wykorzystywano go do tego celu, choć można się domyślać, że tak. To, co nam się może wydawać dziwne, to fakt, że w tamtym czasie na pewno nie stosowano węgla na użytek domowy. Węgiel wymaga rusztów, a te zastosowano dopiero w XVIII wieku. Nawet jak ktoś próbował podpalać węgiel, to nic mu z tego nie wychodziło, bo nie było dostępu powietrza. Tak naprawdę dopiero wielka akcja "marketingowa" z drugiej połowy XVIII wieku przekonała Górnoślązaków do zastosowania tego paliwa w gospodarstwach domowych. Węgiel zaczęto eksploatować dopiero w drugiej połowie XVIII wieku, w czasie, jak to się ładnie nazywa naukowo, protoindustrializacji Śląska. Była to pierwsza faza uprzemysłowienia, kiedy panowały jeszcze stosunki feudalne, a nie kapitalistyczne. Z jednej strony był więc feudał, z drugiej państwo, w tym przypadku pruskie. Nie każdy mógł chyba wydobywać węgiel, jak mu się podobało? - Oczywiście, obowiązywały koncesje, czyli nadania górnicze. To stare prawo sięgające jeszcze czasów antycznych, stanowiące, że właścicielem kopalin jest władca. W prawie europejskim zapis ten zawarto w licznych ustawach XII- i XIII-wiecznych, ale wykaz minerałów należących do władcy obejmował przede wszystkim minerały kruszcowe. Węgiel, podobnie jak rudy darniowe, nie był początkowo zaliczany do tzw. regali królewskich. Przełom nastąpił w 1755 roku, gdy w Prusach do królewskich regali zaliczono również węgiel, co zostało potwierdzone w słynnej ustawie górniczej dla Śląska z 1769 roku. Tam jest już zapis, że król jest właścicielem tej kopaliny. Sam (jako państwo) nie wydobywał, ale mógł udzielać koncesji, oczywiście za odpowiednią opłatą. Państwo też czerpało dochód z wydobywania węgla, z czegoś na kształt dzisiejszych podatków górniczych. To wtedy wyrosły wielkie rody przemysłowe na Śląsku? - Do pewnego momentu państwo pruskie samo było inwestorem. Nie tylko organizowało, kontrolowało, ale też inwestowało w górnictwo. Potem obok państwa pojawili się feudałowie, bo tylko oni mieli potrzebny kapitał pozyskany z tzw. renty feudalnej. Stąd mówi się o wschodnioeuropejskim modelu protoindustrializacji na Śląsku. Na Górnym Śląsku do feudałów zaliczali się hrabiowie Henckel von Donnersmarck, książęta Hohenlohe ze Sławięcic czy panowie na Pszczynie (wówczas z rodu Coethen-Anhalt). W kopalnie inwestowała też drobniejsza szlachta. Dopiero rozwój przemysłu i przemiany polityczne w Prusach sprawiły, że w górnictwie pojawili się ludzie spoza arystokracji, na przykład kupcy. Po - jak ja to nazywam - wielkiej rewolucji na Śląsku, która trwała w okresie wojny napoleońskiej 1807-1815, gdy doszło m.in. do uwłaszczenia chłopów czy rozbicia struktury cechowej w miastach, do przemysłu weszli plebejusze. Były dwie ścieżki: z pierwszej korzystali ludzie, którzy się dorobili na służbie państwowej jako fachowcy, np. John Baildon. Z drugiej skorzystali faktorzy, czyli zarządcy u feudałów. Tu przykładem jest "diabeł z Rudy", czyli Karol Godula. Zarobione pieniądze zaczęli sami inwestować w spółkach razem z ziemiaństwem. Godula na przykład inwestował wspólnie z rodem hrabiów von Ballestrem. Dopiero później pojawił się kapitał mieszczański, głównie z Wrocławia. To za sprawą edyktu emancypacyjnego z 1812 roku, który pozwolił Żydom w Prusach na pełną swobodę gospodarczą. Kopalnie nie miały więc jednego właściciela? - Istniały różne modele własności. Były np. kopalnie wyłącznie państwowe, czyli fiskalne. Kopalnie należały też do kapitałów rodzinnych, czyli wspomnianych już Ballestremów czy Henckelów von Donnersmarck. Później pojawiły się zakłady należące do spółek. Pierwszą tzw. spółkę kupiecką założył Baildon w 1832 roku. W jej skład wchodziła Huta Baildon w Załężu i kopalnia węgla Waterloo w Dębie. Warto też wspomnieć o dobrach kościelnych, chociażby sławnych Bożogrobcach z Chorzowa. Dopiero w 1853 roku hrabia Guido Henckel von Donnersmarck założył pierwszą spółkę akcyjną Schlesische A.G. für Bergbau und Zünkhüttenbetrieb z siedzibą w Lipinach. Akcje śląskich kopalń można było kupić na giełdzie berlińskiej czy londyńskiej. Oczywiście, właściciel zachowywał dla siebie pakiet kontrolny. W drugiej połowie XIX wieku wszystkie przedsiębiorstwa rodzinne, np. Ballestremów czy Schaffgotschów, przekształciły się w spółki akcyjne. W ten sposób można było pozyskiwać kapitał na rozwój. Czy kopalnie w tamtym czasie to był dobry interes? - Oczywiście, ale prawdziwie wielkie fortuny zbili ci, którzy dostrzegli sens budowy całych kompleksów górniczo-hutniczych. Pierwszym był Godula, prawdziwy geniusz finansowy. Połączył w jeden kompleks kopalnie węgla kamiennego, galmanu i zakłady hutnicze. Budował huty blisko kopalń, bo zmniejszał w ten sposób koszty transportu. Pamiętajmy, że kolei wtedy nie było, węgiel przewożono furmankami. Całe wsie śląskie żyły z furmanienia, głównie zagrodnicy. Chłopi, którzy mieli mało ziemi i dorabiali jako wozacy. Jaka była ówczesna skala wydobycia? - W latach 70. XVIII wieku wszystkie kopalnie na Górnym Śląsku wydobywały rocznie kilkaset ton węgla (w 1780 roku - 821 ton), czyli jeden dzisiejszy pociąg w węglem. Jednak gdy ruszyły huty, przyrost był niesamowity, wydobycie szło już w dziesiątki tysięcy ton. Prawdziwy skok nastąpił wraz z pojawieniem się hutnictwa cynku (w 1840 roku wydobyto 538 tys. ton). Wykorzystywana wtedy tzw. metoda muflowa opracowana przez Johanna Ruhberga, nazywana też śląską, była bardzo paliwożerna. Węgiel stał się po prostu niezbędny. Mitem jest natomiast, że zarabiało się na eksporcie węgla. Dopóki nie było kolei, nie było go jak wywozić. Zmieniło się to dopiero w 1846 roku, gdy powstała pierwsza sieć kolejowa Mysłowice - Wrocław. Eksportowano węgiel do Prus, choć wielkim rynkiem zbytu było też imperium rosyjskie. Samo oczywiście rozwijało swój przemysł węglowy, ale korzystało też z węgla śląskiego. Czy dokumenty mówią coś o warunkach pracy ówczesnych górników? - Były fatalne, wręcz niewolnicze. Sławny Fryderyk Wilhelm von Reden miał innowacyjne pomysły i podpatrzył w Wielkiej Brytanii transport konny pod ziemią. Zastosowano go w kopalni Król w Chorzowie, by wkrótce z niego zrezygnować. Utrzymanie koni było po prostu droższe niż praca człowieka. Dopiero po 30-40 latach wrócono do pociągu konnego, który wycofano, gdy upowszechniła się elektryczność. Dopiero w XIX wieku pojawia się coś w rodzaju opieki socjalnej nad górnikami, zapomogi dla wdów czy emerytury, których i tak mało kto dożywał. Doszło do tego budownictwo patronackie, czyli właściciel kopalni budował familoki dla swoich pracowników. Mamy przekazy o olbrzymich katastrofach górniczych. Były nagminne i pochłaniały dziesiątki ofiar. Nie liczono się z ludźmi. A co z etosem i górniczymi tradycjami? - Tak naprawdę pojawiły się dopiero w XIX wieku wraz z górniczymi mundurami wzorowanymi na pruskich uniformach. Wtedy utworzyła się prawdziwa górnicza świadomość, bo górników było już wielu. Wcześniej wyglądało to inaczej. W kopalni węgla Król Dawid należącej do właściciela Orzegowa w latach 70. XVIII wieku pracowało zaledwie dwóch fachowych górników, których właściciel sprowadził z Saksonii, i paru chłopów. W takiej sytuacji trudno było mówić o etosie górniczym. Dodam, że rolada z kluskami i modrą kapustą pojawiała się na niedzielnym stole górnośląskiej rodziny dopiero pod koniec XIX wieku. Węgiel bywa dziś niedoceniany, mówi się nawet o odwrocie w tej branży. A jak to wygląda z punktu widzenia historyka? - Bez węgla kamiennego Górny Śląsk byłby niczym. Warto przypomnieć, że przed industrializacją region ten był prowincją strasznie zacofaną. Mamy poza paroma wyjątkami słabe gleby, nie było więc alternatywy. To węgiel kamienny stworzył Górny Śląsk takim, jakim jest dzisiaj. Tomasz Głogowski (źródło: Gazeta Wyborcza z dnia 2 listopada 2007 r.) |
||||||||
20 kilometrów dziedzictwa |
||||||||
|
||||||||
- Obchodzące 75-lecie istnienia Archiwum Państwowe w Katowicach miało w swej historii niejeden dość burzliwy okres. Wystarczy przypomnieć, że w okresie II wojny światowej zbiory archiwum były wywożone przez okupanta na tzw. Opolszczyznę. Czy wszystkie dokumenty zostały odzyskane? - Rozpocznę może od przedstawienia w skrócie historii naszego archiwum. Otóż, dokładnie 10 listopada 1932 roku, wojewoda śląski dr Michał Grażyński podpisał statut i regulamin Archiwum Akt Dawnych Województwa Śląskiego wówczas województwa posiadającego swą autonomię. Drugą ważną datą było powołanie pierwszego kierownika Archiwum - dra Michała Antonowa - 16 grudnia 1932 roku. Do 1939 roku siedzibą Archiwum były pomieszczenia Urzędu Wojewódzkiego Śląskiego. W sierpniu tegoż roku rozpoczęła się ewakuacja akt na Wschód, m.in. do Lwowa. Były wśród nich akta m.in. Polskiego Komisariatu Plebiscytowego i Naczelnej Rady Ludowej, a także akta z registratur UWŚl. i Sejmu Śląskiego. W październiku 1939 roku Archiwum podporządkowano okupacyjnej administracji niemieckiej. Początkowo był to tylko oddział niemieckiego archiwum państwowego we Wrocławiu, i dopiero po utworzeniu prowincji górnośląskiej, stało się w 1941 roku samodzielnym archiwum w strukturze archiwów pruskich. Obejmowało swoim zasięgiem dwie rejencje: katowicką i opolską. Głównym organizatorem tego archiwum był dr Karl Bruchmann, który podjął działalność zabezpieczającą, w tym w dużej części o charakterze rabunkowym. Zależało mu szczególnie na aktach wywiezionych przez władze polskie, ale te znalazły się pod okupacją sowiecką. Dopiero, kiedy Niemcy weszli na tereny Galicji Wschodniej w 1941 roku, Bruchmann uzyskał możliwość rewindykowania akt. Zostały one częściowo odnalezione i sprowadzone do Katowic. Wspomniane rozśrodkowanie archiwaliów na tzw. Opolszczyznę zaczęło się w 1943 roku, co miało uchronić je przed przewidywanym bombardowaniem Katowic. Umieszczono je w kilkunastu zamkach, pałacach i klasztorach tzw. Opolszczyzny. Część najcenniejszych, w tym dokumenty średniowieczne, przewieziono do kopalni soli w Grasleben koło Magdeburga. Te dokumenty powróciły do Katowic, lecz ukryte w zamkach i pałacach częściowo zaginęły (może znajdują się w archiwach rosyjskich?). Paradoksem jest fakt, że duża część tego co zgromadził Bruchmann - wraz ze wspaniałym, unikalnym księgozbiorem archiwum liczącym około 100 tysięcy woluminów, stanowi podstawę dzisiejszego Archiwum. W 1945 roku na stanowisko dyrektora powrócił Michał Antonów. W związku z likwidacją autonomii Śląska, w lutym 1946 roku, ówczesny minister oświaty powołał Archiwum Państwowe w Katowicach, będące już częścią sieci ogólnopolskiej. Jednakże nadal archiwum zajmowało skromne pomieszczenia w Urzędzie Wojewódzkim. Do początku lat 50. trwało odbudowywanie zasobu archiwalnego, pomimo, że np. zaginęły akta Polskiego Komisariatu Plebiscytowego. W tym czasie - na bazie archiwów miejskich - powstało 12 oddziałów zamiejscowych. Rozmieszczone były w całym ówczesnym województwie katowickim. Z chwilą powołania województwa opolskiego w 1950 roku, powstało w 1953 roku odrębne archiwum w Opolu. Kolejnym dyrektorem katowickiego archiwum, od 1970 roku, był Adam Kałuża. - Jaka była sytuacja lokalowa archiwum. Przybywało przecież dokumentów, a stare wymagały konserwacji do tego bieżąca praca archiwistów. - W dalszym ciągu Archiwum mieściło się w Urzędzie Wojewódzkim, a dokumenty zajmowały magazyny w wielu miejscowościach, m.in. w Świętochłowicach, gdzie na potrzeby archiwum przekazano baraki mieszczącego się tu w czasie okupacji i po wojnie obozu pracy. Dlatego wszyscy kolejni dyrektorzy szukali nowego lokum. Kiedy nadszedł rok 1989, pojawiła się szansa rozwiązania tego problemu: zlikwidowano jednostkę wojskową w dzielnicy Katowice-Wełnowiec. W 1991 roku kompleks zabudowań powojskowych przekazano Archiwum Państwowemu. W chwili obecnej jest to największe archiwum w Polsce - pod względem powierzchni (ponad 6 ha), ale niestety nie odpowiadających standardom europejskim budynków archiwalnych. Po jakimś czasie zaczęto likwidować oddziały znajdujące się w szczególnie trudnej sytuacji lokalowej, jak np. w Bytomiu, Będzinie, Chrzanowie, Tarnowskich Górach. W 1996 roku dyrektorem Archiwum został dr Zygmunt Partyka, który pracował na tym. stanowisku do ubiegłego roku. Realizował trudne zadanie, jakim było kontynuowanie remontów przejętych obiektów i oczywiście normalną pracą archiwalną, której celem było szybkie udostępnienie naszego zasobu. - Katowickie archiwum stało się jednym z największych w Polsce, o czym mało kto wie. - Mamy siedem oddziałów, w tym sześć w województwie śląskim: Bielsko-Biała, Cieszyn, Gliwice, Pszczyna Racibórz, Żywiec i jeden oddział w województwie małopolskim: Oświęcim. Ze względu na to, że granice administracyjne zasięgu terytorialnego archiwów nie zmieniono po ostatniej reformie administracyjnej, istnieje oddzielne archiwum również w Częstochowie. Nasze archiwum jest obecnie trzecim pod względem wielkości zasobów archiwum w Polsce. W samych Katowicach mamy 12,5 kilometra akt. Następne 7 km znajduje się w oddziałach - w sumie blisko 20 kilometrów akt! - Czy w związku z tym jest jeszcze jakaś szansa na dotarcie do nieznanych akt? Czy możliwe są jakieś sensacyjne odkrycia? - Zasób jest dość dobrze rozpoznany i nie liczyłbym na sensacyjne odkrycia. Najstarszy dokument w naszym zasobie pochodzi z XlII wieku. Jest to nadanie dla kościoła mikołowskiego. Mamy jeden z największych tzw. podworskich zespołów w Polsce, czyli dawne Archiwum Książąt Pszczyńskich, przechowywane w oddziale w Pszczynie. - O wyjątkowości archiwum w Katowicach w skali kraju, a nawet Europy, stanowi zbiór akt i dokumentów związanych z okresem industrializacji Śląska. Czy można w związku z tym dogłębnie zbadać jedną z ostatnich głośnych spraw związanych z dzielnicą Katowic-Giszewcem, prawami własnościowymi, spółką zarządzającą fabrykami itp.? - Bo taka była specyfika naszego regionu od XVIII wieku w przestrzeni ogólnopolskiej. Mamy akta wytworzone w okresie proto- i industrializacji nie tylko na Górnym Śląsku ale i w Zagłębiu Dąbrowskim oraz w zachodniej części Małopolski. Wytworzone przez właścicieli fabryk, rodziny przemysłowców na Górnym Śląsku i w Zagłębiu i dalej koncerny przemysłowe. W związku ze sprawą Giszowca mieliśmy parę wizyt osób z różnych instytucji państwowych. Posiadamy bowiem obszerny zespół wytworzony przez administrację koncernu Giesche S.A., w tym m.in. księgę z 1935 roku, w której znajduje się dokładny wykaz nieruchomości w skali ogólnopolskiej należących do spółki Gische. W tym zarejestrowana została ówczesna wartość księgowa nieruchomości w Giszowcu, etc.
- Oddział kartograficzny naszego archiwum jest największy w Polsce. Chlubą naszą są mapy górnicze wytworzone przez służby górnicze wszystkich możliwych organizmów państwowych działających na terenie naszego regionu. Są mapy wytworzone przez mierniczych pruskich, z czasu Księstwa Warszawskiego, Królestwa Polskiego zaborów rosyjskiego i austriackiego. W latach 60. powstał w Katowicach oddział akt górniczych - nie udało się do końca przeprowadzić tego pomysłu, ale przejęliśmy olbrzymie zasoby zgromadzone w Wyższym Urzędzie Górniczym w Katowicach. W tej chwili to największy zbiór tego typu map w Europie. Przecież Górny Śląsk wraz z przylegającymi do niego terenami Zagłębia i Małopolski był największym w Europie terenem industrializacji górniczo-hutniczej. Pamiętamy akcję związaną z mapą Hindenberga, prowadzoną przez pana Andrzeja Złotego, która na razie ze względu na brak środków finansowych, nie zakończyła się sukcesem. W chwili obecnej mapa - najstarsza tego typu mapa w skali nie tylko ogólnopolskiej, ale również środkowoeuropejskiej - jest zabezpieczona w naszym skarbcu, bo jest to jeden z naszych najcenniejszych zabytków kartograficznych. - Jedyną okazją by zobaczyć chociaż część cennych zbiorów są wystawy, a więc działalność ekspozycyjna Archiwum. Archiwum Państwowe chociaż jest dużą instytucją przechowującą zbiory i dokumenty, jest mało znane szerszemu odbiorcy. Przy ogromie zajęć urzędniczych, trudno jest nam przygotowywać wystawy na miarę takich, jakie przygotowują muzea. Pewnie jakiś wpływ na odbiór tej części naszej działalności rzutuje "peryferyjne" w stosunku do śródmieścia Katowic położenie. Staramy się zrobić dwie wystawy w roku - oddziały przygotowują swoje wystawy - a więc corocznie jest ich 7-10. Współpracujemy z innymi placówkami, często uzupełniając ich ekspozycje. Niedawno otwarta została przy współpracy z Muzeum Śląskim wystawa pokazująca dzieje wielkich rodów na Górnym Śląsku, a za niedługo wraz z Domem Współpracy Polsko-Niemieckiej odbędzie się wystawa na temat granicy polsko-niemieckiej na Górnym Śląsku w latach 1922-1939. Nie mamy warunków do organizacji wystaw bezpośrednio na terenie archiwum, stąd korzystamy z gościnności innych instytucji kultury. Staramy się szerzej zaprezentować naszą pracę i zasoby archiwum. Wkrótce zaprosimy na nowoczesną wizualnie wystawę z okazji naszego 75-lecia. - Ważna dla archiwum jest praca naukowa. - Prowadzimy własną działalność naukową. Powołaliśmy ostatnio na nowo dział naukowy. Mamy własne czasopismo, publikujemy teksty źródłowe i wiele innych. To obok gromadzenia i zabezpieczenia zbiorów jedno z najważniejszych zadań. Uważam ją za bardzo ważny element naszej działalności. Chciałbym podkreślić, że potencjalny użytkownik ma możliwość "podglądnięcia" naszego zasobu za pomocą prowadzonej przez nas nowoczesnej strony internetowej, która oferuje poza typowymi informacjami, również dostęp do baz informacyjnych - w tym bazy "SEZAM", która daje bezpośredni wgląd do naszego zasobu. Strony redagowanej w trzech językach: polskim, angielskim i niemieckim. Myślimy o wersji czeskiej. Dostępność do naszego zasobu jest powszechna - ograniczenia wynikają tylko z przepisów prawa (w tym ochronie danych osobowych). Problemem jest to, że niewielka grupa osób jest w stanie rozczytać to, co w tych dokumentach się znajduje. Do oryginałów mają dostęp osoby pracujące naukowo. Pozostałym osobom oferujemy przeprowadzenie kwerend, tj. poszukiwań źródłowych wykonywanych przez archiwistów. Udostępniamy nasze zasoby również w formie cyfrowej (odpłatnie). - Wiele dokumentów archiwalnych wymaga specjalnych zabiegów. Jakie są doświadczenia archiwum w tym zakresie? - Jesteśmy instytucją zajmującą się profesjonalną konserwacją dokumentów i akt, mamy własne pracownie konserwatorskie, posiadamy własną komorę fumigacyjną (gdzie niszczone są drobnoustroje żerujące na celulozie). Uruchomiliśmy masową konserwację materiałów archiwalnych zwaną popularnie odkwaszarnią. W Polsce są tylko cztery takie "małe fabryczki" - poza Katowicami dwie w Warszawie i jedna w Gdańsku, Problemem stały się bowiem rozsypujące dokumenty, głównie XX-wieczne, sporządzone na papierze drzewnym. Po doświadczeniach wielkiej powodzi w 1997 roku, kiedy został zalany nasz oddział w Raciborzu, pozyskaliśmy niemiecki dar - liofilizator (urządzenie do suszenia akt). Wtedy powstał pomysł, by w Katowicach - ze względu na dysponowanie dużą przestrzenią, powstało centrum środkowoeuropejskiego ratownictwa archiwalnego i bibliotecznego dla południowej części Polski oraz Czech, Moraw i Saksonii. Pracujemy nad tym pomysłem. Dysponujemy także pracownią reprograficzną, gdzie powstają mikrofilmy i gdzie utrwala się materiały i dokumenty techniką cyfrową. - Czy w tym archiwum znajdują się akta upadłych w początku lat 90. firm i zakładów i firm państwowych? Czy można tu poszukiwać dokumentów? Jaka jest sytuacja tych dokumentów? - Muszę wyjaśnić, że państwowa służba archiwalna ma nadzór nad tzw. archiwami zakładowymi instytucji państwowych i samorządowych. Nie podlegają nam akta firm i zakładów prywatnych. W okresie PRL wszystko było państwowe, więc wszystko było pod naszym nadzorem. Z chwilą sprywatyzowania przedsiębiorstw "wyszły" spod naszych kompetencji archiwa tych instytucji. Jednak archiwum prowadzi działania usługowe związane z czasowym przechowywaniem akt. Przejmujemy głównie akta osobowe firm likwidowanych, między innymi ostatnio przekazał nam dokumenty syndyk Huty "Baildon" . Ale nie jest to podstawowa działalność archiwum. Nasze zadania koncentrują się wokół materiałów archiwalnych, do których dokumentacja osobowa i płacowa się nie zalicza. - Czy przy sporządzaniu kwerend możliwe jest znalezienie dokumentów, o istnieniu których nie wspominały katalogi? - To, że odnaleziono dokument, nie oznacza, że on się kiedyś zapodział. Zbiory są dokładnie opisane. W tej masie może znaleźć się jakiś dokument który nas zadziwi, ale nie na miarę np. średniowiecznego pergaminu. Zdarza się, chociaż rzadko, że trafi do nas jakiś cenny dokument, jak niedawno trzy dokumenty XVII-wieczne dotyczące Cieszyna, które zostały nam podarowane przez Instytut Historii Europy Wschodniej Uniwersytetu w Zurychu. Ale to wyjątek. - Archiwum jest instytucją państwową. Zatem czy możliwe jest korzystanie z unijnych środków na prowadzenie programów badawczych? Na czym polega opisywany tzw. projekt cieszyński? - "Nieszczęściem" w obecnie panujących rozwiązaniach prawnych dla archiwum jest fakt, że jesteśmy instytucją państwową, budżetową. Zatem bardzo trudno pozyskiwać nam inne środki finansowe na prowadzenie działalności. Stąd pomysł tzw. projektu cieszyńskiego, w którym uczestniczą Książnica Cieszyńska, Muzeum Śląska Cieszyńskiego, zakon Bonifratrów, Parafia Ewangelicka i my. W jego ramach Oddział Archiwum w Cieszynie pozyskał ponad dwa miliony złotych, co jest olbrzymią kwotą jak na nasz budżet. Celem projektu jest dostosowanie pomieszczeń do standardów europejskich, a ponadto przeprowadzenia dezynfekcji, czyszczenia i mikrofilmowania zbiorów oraz zaopatrzenia ich w nowoczesne pomoce informacyjne. To będzie wizytówka naszego archiwum. Duży udział w opracowaniu tego projektu miały jednostki samorządowe. I jest to jakiś pomysł na rozwiązywanie naszych, nie tylko bieżących problemów. Bowiem naszym celem jest uzyskanie w pełni miana "strażników pamięci". - Czy w związku z jubileuszem archiwum, planowane są publikacje i wystawy pokazujące działalność archiwum? Wkrótce ukaże się ponad tysiącstronicowy informator o naszych zasobach, kolejne wydanie naszego czasopisma i sumariusz do zespołów z okresu okupacji hitlerowskiej, który pokazuje straty wojenne w wymiarze dóbr kultury, jakie Polska poniosła w latach 1939-1945. Zapraszam też na naszą stronę internetową, gdzie można znaleźć obszerne informacje o zbiorach, a także prowadzonych programach. Jednak przy okazji jubileuszu naszego archiwum muszę powiedzieć, że jesteśmy instytucją zapomnianą - w wymiarze katowickim, jak i województwa śląskiego. Jakoś sobie radzimy, głównie poświęceniem kadr archiwistów. Ale czy jesteśmy gorsi od Biblioteki Śląskiej czy Muzeum Śląskiego? Biblioteka - tak, Muzeum - tak, a gdzie Archiwum - ? Powiem przewrotnie - najpierw było archiwum (już u Sumerów), potem biblioteka, a na koniec muzeum. Jesteśmy "straźnikami pamięci" - ba ... Rozmawiała: Wiesława Konopolska (źródło: Śląsk z miesiąca listopada 2007 r.) |
||||||||
Wielkie rody |
||||||||
|
||||||||
- Zamierzeniem wystawy jest przybliżenie kilkunastu rodów górnośląskich, które swoją działalnością w trwały sposób zapisały się w dziejach regionu - twierdzą organizatorzy ekspozycji. Muzeum przygotowało ją wspólnie z Archiwum Państwowym w Katowicach. Wystawie towarzyszy katalog "Wielkie rody, wielka własność". Materiały do dziejów wielkiej własności ziemskiej na pruskim Górnym Śląsku 1742 - 1922 w zasobie Archiwum Państwowego w Katowicach". Na wystawie można oglądać dokumenty, herby, podobizny przedstawicieli wielkich rodów. Są też fotografie z początku ubiegłego stulecia oraz opracowania popularnohistoryczne, opowiadające o dziejach poszczególnych magnatów. Zgromadzone obiekty pozwolą bliżej poznać historię rodów, ich działalność i pozostałą po nich spuściznę. MR (źródło: Gość Niedzielny z dnia 28 października 2007 r.) |
||||||||
Lewy lew z Warszawy |
||||||||
|
||||||||
Na początku zeszłego roku Zdzisław Jedynak, były kierownik bytomskiego oddziału Archiwum Państwowego, przed wejściem do warszawskiego zoo odkrył odlanego w brązie śpiącego lwa. Zorientował się, że to zaginione dzieło Theodora Kalidego, które jeszcze pół wieku wcześniej stało w Bytomiu w parku koło palmiarni. To nie była zwykła rzeźba ogrodowa. Pierwotnie stanowiła element pomnika mieszkańców powiatu bytomskiego poległych w wojnie francusko-pruskiej 1870-1871, który stał centralnie na rynku w Bytomiu. Od tego odkrycia trwa batalia miasta o odzyskanie lwa. Ruch Autonomii Śląska zorganizował nawet akcję wysyłania apeli do włodarzy Warszawy o zwrócenie cennej rzeźby. Kilkaset listów i maili poskutkowało. Urzędnicy obiecali, że zwrócą lwa, gdy tylko będzie pewność, co do jego pochodzenia. Przemysław Nadolski, historyk z Bytomia, na miejscu zbadał rzeźbę. - Bytomski lew powstał w 1873 rok w odlewni Gladenbecka w Berlinie. W Archiwum Państwowym w Katowicach jest zestawienie kosztów budowy pomnika wykonanego przez ten zakład. Z całą pewnością stwierdzić można, że rzeźba znajdująca się obecnie w Warszawie pochodzi z bytomskiego pomnika - przekonuje historyk. Jednak ekspertyzy nie wystarczyły warszawskim konserwatorom. Wykonali własne śledztwo. - Takich lwów Kalide zrobił kilkanaście. Odkryliśmy je m.in. w Polsce, Czechach i Niemczech. Nie ma żadnych podstaw, aby uznać, że do lwa z warszawskiego zoo Bytom ma jakieś prawa - tłumaczy Agnieszka Kasprzak-Miler z biura stołecznego konserwatora zabytków. Kilka dni temu lew zniknął, bo... pojechał do Gliwic. Tam w Zakładach Urządzeń Techniczny, gdzie przed ponad stu laty często odlewano dzieła Kalidego, powstanie kopia lwa. - Postanowiliśmy zrobić bytomianom prezent. Damy im kopię rzeźby, co zakończy spór - mówi Maciej Rembiszewski, dyrektor zoo. - Nawet kolor ma być identyczny, bo rzeźba zostanie odpowiednio spatynowana - wyjaśnia Kasprzak-Miler. Jednak propozycja Warszawy spotkała się z oburzeniem na Śląsku. - Będę apelował do władz Bytomia, by nie przyjmowały tego daru - mówi zdenerwowany Jerzy Gorzelik, przewodniczący RAŚ-u, historyk sztuki. Dodaje, że dowody, jakie dostarczono stolicy, są niepodważalne. - Nie ma żadnych powodów, byśmy mieli się zadowolić tylko kopią. Urzędnicy warszawscy postępują arogancko, podważają nasze ekspertyzy dziecinnym tłumaczeniem. Ich propozycja jest niesmaczna, bo zapominają, że to pomnik poległych żołnierzy, kawałek naszej historii - mówi Gorzelik. Także bytomski magistrat jest nieugięty. - Nie przyjmiemy tej kopii, bo nie o nią się staraliśmy - mówi Katarzyna Krzemińska-Kruczek, rzeczniczka Urzędu Miejskiego w Bytomiu. Zapowiada, że miasto będzie walczyć o słynną rzeźbę lwa aż do skutku. Tomasz Malkowski (źródło: Gazeta Wyborcza z dnia 27-28 października 2007 r.) W tej sprawie dr Zdzisław Jedynak, starszy kustosz z Archiwum Państwowego w Katowicach, udzielił również wywiadu dla TVN, który został wyemitowany w Faktach o godz. 19.00 w dniu 29 października br. |
||||||||
Książę szuka na Śląsku prababki |
||||||||
|
||||||||
Odo Deodatus II Tauern, szwajcarski informatyk, jest prawnukiem księcia Guido von Donnersmarcka. Jego dziadek był pierworodnym synem pruskiego księcia. Problem, w tym, że z nieprawego łoża. Nazywał się dokładnie tak samo. Deodatus to po łacinie "dany od Boga", nazwisko wzięło się od gór Taurów (niem. Tauern), gdzie nieślubny potomek rzekomo miał zostać poczęty. Gdy książę miał 85 lat, oficjalnie uznał swego pierworodnego syna. Do końca swoich dni utrzymywał z Odo Deodatusem I kontakty. - Zwykle trudno ustalić, kto był ojcem dziecka. U Tauernów jest odwrotnie. Szukamy matki naszego dziadka, założyciela rodu - tłumaczy powód przyjazdu na Śląsk Odo Deodatus II. Jego dziadek, założyciel rodu Tauernów, urodził się w 1885 roku w Nowym Jorku. Dopiero gdy miał kilkanaście lat, dostał obywatelstwo niemieckie. Był etnologiem i podróżnikiem. Podczas licznych wypraw badał ludy zamieszkujące indonezyjskie wyspy. Był też zapalonym alpinistą. Oficjalnie jego matką była Rozalia Coleman z domu Parent, żona amerykańskiego kupca. Guido von Donnersmarck miał ją spotkać w Paryżu. - Tyle mówią dokumenty, ale tak naprawdę wtedy ta kobieta miała już 50 lat. Była potrzebna Donnersmarckowi po to, żeby dziecko oficjalnie miało jakąś matkę - mówi dr Arkadiusz Kuzio-Podrucki, historyk badający dzieje śląskich arystokratów. Tauernowie od kilku lat szukają swojej prababki. Przekopali rodzinne archiwa. Sprawdzali nawet tropy w Ameryce. - Wszystko wskazuje na to, że była to jedna z hrabianek z otoczenia księcia. Mamy kilka pomysłów i liczymy, że w katowickim archiwum uda nam się wyjaśnić rodzinną zagadkę - mówi Odo Deodatus II. Do Katowic przyjechali Odo Deodatus z żoną Beatą i jego siostra Cornera z mężem Pedro. Na co dzień mieszkają w Szwajcarii i Lichtensteinie. Mimo książęcego pochodzenia prowadzą zwykłe życie. Odo pracuje w banku jako informatyk, Beata jest nauczycielką, Cornera prowadzi agencję pośrednictwa pracy, a jej mąż wydawnictwo. Wczoraj w Archiwum Państwowym cała czwórka z zapałem zabrała się do przeglądania dokumentów związanych z rodziną Donnersmarcków. - Mamy tylko dwa dni, ale liczymy, że znajdziemy wskazówki, które pomogą nam odnaleźć prababkę - nie kryją nadziei potomkowie księcia Guido. Jacek Madeja (źródło: Gazeta Wyborcza z dnia 9 października 2007 r.) |
||||||||
Z rodziną Gieschów jest jak z Yeti |
||||||||
|
||||||||
Przedsiębiorstwo zostaje w rodzinie i zostaje nazwane Georg von Giesches Erben, czyli Spadkobiercy Jerzego Gieschego, ale nikt z nich nie nosi już tego nazwiska. Cały majątek, już wtedy niemała fortuna, przypadł siostrze Fryderyka Wilhelma i dwóm siostrzenicom. Jacek Madeja: Jakie były początki biznesowej kariery Gieschów? Piotr Matuszek, historyk z Archiwum Państwowego w Katowicach: Georg pochodził z sandomierskiej rodziny Gizów. To byli mieszczanie. Jego ojciec Adam po wystąpieniu ze służby wojskowej w cesarskiej armii przeniósł się pod Wrocław, gdzie kupił ziemię. Początkowo Georg wybrał karierę kupiecką - miał sklep z suknem na wrocławskim rynku. Szybko pomnażał majątek. Pomogła nie tylko głowa do interesu, ale i małżeństwo, z którego miał duży posag. Poważnych pieniędzy dorobił się jednak na Górnym Śląsku. Razem z Kacprem von Pelchrzimem, właścicielem dóbr w Bobrku, zaczęli wydobywać galman. W 1704 r., w zamian za pieniądze przekazane na wojskowe potrzeby, Gieschemu udało się uzyskać od cesarza Leopolda I monopol na wydobycie i sprzedaż galmanu na 20 lat. Przywilej był potem przedłużany wielokrotnie, również i przez pruskie władze. I to był klucz do sukcesu? Galman to ruda cynku, z którego wyrabia się mosiądz. W tym czasie na ten metal był ogromny popyt. Był potrzebny do wyrobu naczyń, okuć czy pokryć dachowych. Ale dopiero lata 20. XIX wieku to prawdziwy cynkowy boom. Wtedy angielscy producenci przeżywali kryzys i Górny Śląsk stał się jednym z poważniejszych dostawców tego surowca w Europie. Bajońską fortunę zbili nie tylko potomkowie Gieschego, ale i Karol Godula. Niemałe dochody przynosiło chyba też wydobycie węgla? Wtedy jeszcze wszystko kręciło się wokół cynku. Na początku Gieschowie spławiali galman rzekami do Gdańska i Prus. Później sami wzięli się za jego przetworzenie. Pierwszą hutę spółka zbudowała w 1809 r. koło Szarleja. Mniej więcej w tym samym czasie ruszyła też pierwsza kopalnia węgla kamiennego, z której całe wydobycie szło na potrzeby hutnictwa. To był ogromny zysk, że i ruda cynku, i węgiel były na miejscu. Spółka szybko się rozwijała i w końcu stała się potężnym wielobranżowym koncernem, który oprócz kopalń cynku, ołowiu i srebra oraz węgla kamiennego miał też walcownie, fabryki kwasu siarkowego, nawozów sztucznych, cegielnie, a nawet fabrykę porcelany w Bogucicach. Kto był właścicielem tego wszystkiego? Z biegiem czasu liczba spadkobierców Fryderyka Wilhelma rosła. Trudno powiedzieć, ile to było osób, ale wiązał je wspólny majątek. Pomiędzy sobą dzielili się zyskami i wybierali przedstawicieli do zarządu firmy. W 1829 r. przełamano tę tradycję, sprzedając część udziałów osobom trzecim, ale prawo pierwokupu wciąż przysługiwało potomkom Gieschego. W 1845 r. opracowano pierwszy statut firmy, który 15 lat później zatwierdziły władze państwowe. Od tego czasu spółka występuje pod nazwą Bergwerksgesellschaft Georg von Giesches Erben, czyli Spółka Górnicza Spadkobierców Jerzego von Giesche.
Oni tutaj zarabiali pieniądze, ale przez cały czas byli związani z Wrocławiem. Pewnie większość z nich tam mieszkała. Wszystkie kopalnie i huty były tutaj, ale spółka była zarejestrowana we Wrocławiu i tam odbywały się kolegia zarządu. Można przypuszczać, że duża część współwłaścicieli spółki nigdy nie widziała na oczy źródła swojego majątku. Trzeba pamiętać, że to był inny rodzaj własności niż Hencklowie von Donnersmarckowie czy Ballestremowie, którzy mieli na Górnym Śląsku ogromne majątki ziemskie. Dlatego też budowali tu swoje rezydencje. Koncernowi Giesche zawdzięczamy za to unikatowe osiedla robotnicze. Powstanie Giszowca i Nikiszowca to zasługa Anthona Uthemanna, dyrektora zarządu spółki, i po części też pruskiego prawa. Ustawa o zakładaniu nowych osiedli z 1904 r. narzucała wymogi dość wysokiego standardu socjalnego na ich twórców. Uthemann nie tylko skrupulatnie je spełnił, ale też znacznie przekroczył. Budowa osiedli to była jego idée fixe, w którą całkowicie się zaangażował. To prawda, że do koncernu należała jedna trzecia Katowic? Dziś trudno powiedzieć. Na pewno znaczna część. Koncern budował familoki i kolonie robotnicze w całym mieście wokół swoich zakładów przemysłowych. Również w Szopienicach, Wilhelminie, Załężu, Rozdzieniu, Borkach czy Obrokach. Oprócz tego był właścicielem rozległych obszarów w innych śląskich miastach, a nawet małopolskim Chrzanowie i Trzebini. W 1922 roku po podziale Górnego Śląska firma też została podzielona. Jedna piąta majątku znalazła się po niemieckiej stronie, reszta w państwie polskim. Z tego powstało odrębne przedsiębiorstwo pod nazwą Giesche Spółka Akcyjna z siedzibą w Katowicach. Nowa spółka wydała duże pieniądze na kupno huty cynku w Trzebini, kopalni Sobieski w Borach i fabryki porcelany w Bogucicach. Zakłady nie przyniosły spodziewanych zysków, co pogorszyło sytuację finansową całego koncernu. Właśnie dlatego w 1926 r. spadkobiercy Gieschego, którzy musieli dokapitalizować spółkę, zdecydowali się sprzedać większościowy pakiet amerykańskiemu holdingowi SACO (Silesian-American Corporation). W SACO, które stało się firmą-matką spółki Giesche SA, 51 proc. akcji należało do Anaconda Cooper Mining Co., a 40 proc. pozostało w rękach dawnych właścicieli Gieschego. W czasie wojny firma była objęta zarządem komisarycznym, a w 1945 r. została znacjonalizowana. Później Anaconda Cooper Mining Co., kontrolowana przez Williama Averella Harrimana, amerykańskiego polityka i biznesmena, znów nie miała szczęścia, bo zainwestowała w kopalnie w Chile, które następnie znacjonalizował rząd Allende. Ostatnio na eBayu, w dziale kolekcjonerskim, znalazłem akcje Anacondy. Można je kupić za kilka dolarów. Rozmowa Jacka Madei z Piotrem Matuszkiem (źródło: Gazeta Wyborcza z dnia 5 października 2007 r.) |
||||||||
Przemysł odzyskany |
||||||||
|
||||||||
Między innymi ten fakt przypomniano 20 września w Świętochłowicach. Odbyło się tam kolejne sympozjum z cyklu "Tożsamość religijna Śląska". Projekt realizuje Fundacja "Przyjazny Śląsk". Tym razem rozważania skupiły się na historii. Prelegenci opowiadali o przejęciu przez Polskę części Górnego Śląska w 1922 roku. O politycznych okolicznościach opowiedział historyk z Archiwum Państwowego w Katowicach Piotr Matuszek. Następnie dr Sebastian Musioł przedstawił gospodarcze i ekonomiczne skutki tego faktu. - 53 z 67 funkcjonujących wówczas kopalń węgla, 10 z 15 kopalń cynku i ołowiu oraz 22 z 37 wielkich pieców hutniczych znalazło się na terenie Polski - przypomniał S. Musioł. - Okazało się to niezwykle ważne dla odradzającej się II Rzeczpospolitej. Prelegent podkreślił, że wiele obietnic, które Górny Śląsk otrzymał od Polski, po przyłączeniu uległo bolesnej weryfikacji. Polska była wówczas państwem o charakterze wybitnie agrarnym i nie do końca potrafiła poradzić sobie z wielkim przemysłem, który zyskała po przyłączeniu części Śląska. Tymczasem w 1923 roku z województwa śląskiego pochodziło 73 procent węgla, 78 procent surówki, 87 procent cynku, 71 procent stali i niemal 100 procent ołowiu. Dzięki koniunkturze na węgiel ustabilizowała się wówczas cała gospodarka odradzającego się polskiego państwa. Oprócz skutków gospodarczych, przyłączenie części Górnego Śląska do Polski zrodziło również szereg zjawisk kulturowych (mówił o nich ks. dr Marek Łuczak), a także problemów narodowościowych, o których opowiedział ks. dr Rafał Śpiewak. Podczas sesji zapowiedziano wydawnictwo zawierające wszystkie wystąpienia. Książka ma się ukazać już za miesiąc. Mirosław Rzepka (źródło: Gość Niedzielny z dnia 30 września 2007 r.) |
||||||||
|
» do góry |
||||||||
|
© 2005 Archiwum Państwowe w Katowicach |